Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie psychiczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie psychiczne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 maja 2019

Pewnego dnia


PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:
http://www.olowkiwewlosach.pl/            


Pewnego dnia, to wszystko minie. Te mgliste dni, które spędzasz zakopana pod kocami, z głową wtuloną w poduszkę. Bezsenne noce, kiedy jedyny dźwięk, który słyszysz to twój własny, nierówny oddech. To dziwne uczucie w brzuchu, jakbyś za chwilę miała spaść z urwiska. Swędzenie skóry, ciężar w klatce piersiowej i skręty żołądka. Pustka w twoich oczach. Chaos w twojej głowie. Niezdolność do cieszenia się z najmniejszych nawet rzeczy. Chęć zapicia tego wszystkiego, sprawienia, że będziesz jeszcze bardziej zdrętwiała, niż jesteś.
            Pewnego dnia, to wszystko odejdzie. I wtedy nadrobisz wszystkie swoje ulubione seriale. Przeczytasz książki, które od miesięcy stoją na półkach, bo nie potrafiłaś skupić się na tyle, żeby przebrnąć przez pierwsze dwadzieścia stron. Pójdziesz do kina, kupisz duże nachosy i nie zwymiotujesz ich tuż po napisach końcowych. Wyjdziesz w weekend z przyjaciółmi i nie będziesz musiała udawać uśmiechu. Odłożysz telefon i zamiast przeglądać bezmyślnie wszystkie aplikacje po kolei, będziesz śmiać się, śpiewać, rozmawiać. Twój dzień znów będzie miał rytm. Będziesz wstawać rano i znosić trudy i stawiać czoła swoim problemom, zamiast od nich uciekać. Będziesz robić to, co kochasz, tylko dlatego, że to kochasz. Nie po to, żeby uciszyć myśli. Nie po to, żeby uśmierzyć ból. Pojedziesz na wakacje i będziesz w stanie naprawdę odpocząć. Spojrzysz na świat i będziesz go doceniać, nie będziesz już się bać. Powiesz swoim bliskim, że ich kochasz i nie będzie to brzmiało jak „dziękuję”, ani jak „do widzenia” albo jak kolejne puste słowa, za którymi nic się nie kryje. Bo tym razem będziesz w stanie im to pokazać. Zaczniesz planować przyszłość, dlatego że chcesz a nie dlatego, że myślisz, że musisz. A kiedy ktoś powie coś niedelikatnego, kiedy rzuci słowa na wiatr, nie myśląc, że mogą ranić zdasz sobie sprawę, że to tylko słowa. I nie będziesz obsesyjnie analizować ich całymi nocami, nie będziesz wierzyć, że są prawdziwe. Pewnego dnia przestaniesz czytać artykuły ogłaszające koniec świata, czekając, aż któraś z tych przepowiedni w końcu się spełni. Pominiesz je, śmiejąc się z ich głupoty. A kiedy autobus, którym jedziesz gwałtownie zahamuje, nie będziesz już rozmyślać o tym, jakby to było gdyby się rozbił.
            Pewnego dnia. Nie mogę obiecać ci, czy jutro, za tydzień, czy może za kilkanaście miesięcy, ale pewnego dnia to wszystko przejdzie. Trzymaj się go. Kiedy w końcu do niego dotrzesz spojrzysz wstecz na te wszystkie ciężkie dni, przypomnisz sobie swoje mroczne myśli i przez chwilę będziesz żałować tych momentów zmarnowanych na smutek. Nie będziesz wdzięczna za swoją depresję, za lęki, za ból, za apatię. Ale zaakceptujesz, że były, że wciąż są, częścią ciebie. I jeśli kiedyś wrócą, poradzisz sobie z nimi lepiej. Zostaną na krócej i krócej i w końcu może nie wrócą już nigdy. I nagle przestaniesz marzyć o wehikule czasu, który mógłby cofnąć to wszystko i zapobiec tym stanom. Bo zdasz sobie sprawę, że niezależnie jak ciężko było, zaprowadziło cię to tutaj. I zaczniesz doceniać swoich bliskich bardziej, niż wcześniej, zaczniesz liczyć swoje błogosławieństwa, a nie grzechy i będziesz wdzięczna za to życie. I znów będziesz żyć w pełni.

czwartek, 30 maja 2019

Lekarstwo leży w tobie


PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:
http://www.olowkiwewlosach.pl            

Trochę czasu zabrało mi, zanim poznałam samą siebie. Spędziłam całe życie analizując postępowanie innych ludzi, próbując zrozumieć różne punkty widzenia i starając się pomóc rozwiązać problemy innych. Potrafiłam postawić się w sytuacji drugiej osoby. Nie wiem czemu ludzie zawsze przychodzili do mnie ze swoimi  rozterkami. Potrafisz słuchać – twierdzili. Ale w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że mimo że faktycznie dobrze rozumiem innych – zupełnie nie rozumiem samej siebie.
            Nie wiem w którym momencie zaczęłam to wszystko pojmować. Kiedy zdałam sobie sprawę co sprawia, że nie mam ochoty wychodzić z łóżka? Ile czasu minęło, zanim znalazłam słowa, które mogły opisać niezliczone wizje w mojej głowie, wyjaśnić koszmary, które mnie prześladowały? Kiedy pojęłam wszystkie powody moich łez, trzęsących się rąk i ataków paniki? Kiedy zrozumiałam, że czasem po prostu potrzebuję samotności i nie ma w tym nic złego? To była długa droga. Ale kiedy w końcu pojęłam te wszystkie rzeczy, wszystko okazało się łatwiejsze.
            Wydaję mi się, że to ważny krok. Poznać siebie. Bo kiedy w końcu doszłam do powodów, dźwigni, które uruchamiają cała maszynerię w moim umyśle – zaczęłam znajdywać sposoby, żeby sobie z tym radzić. Sposoby na uciszenie moich myśli, uspokojenie trzęsących się dłoni. Nie chodzi tu o to, że musisz od razu pokochać siebie. Droga od samo nienawiści do samoakceptacji wybrukowana jest zwątpieniem i brakiem wiary w siebie. Jest piekielnie długa. Ale poznanie siebie pozwolili ci postawić na niej pierwsze kroki.
            I tak, kiedy w końcu poznałam moje powody i znalazłam moje sposoby – okazało się, że mogę już przestać okłamywać samą siebie. Bo kłamałam tak długo, próbując udawać, że nic mi nie jest, że ten ciężar na moich barkach nie istnieje. Próbowałam udawać, że jestem szczęśliwa tak bardzo, że sztuczny uśmiech ubierałam nawet patrząc w lustro w samotności. I w końcu skończyłam z kłamstwami i zrozumiałam, że imprezowanie do rana, żeby udowodnić komuś (a raczej sobie), że wszystko jest w porządku do niczego mnie nie doprowadzi. Zaczęłam rozumieć sytuację, których powinnam unikać. A jeśli nie mogłam ich uniknąć– jak radzić sobie z ich potencjalnymi konsekwencjami. Zdecydowałam się wyrzucić z mojego życia tych, którzy mieli na mnie negatywny wpływ. Czy to wszystko sprawiło, że moja depresja i stany lękowe nagle zniknęły? Nie. Ale sprawiło, że zaczęły być bardziej znośne.
            Każdy z nas jest inny. Po sieci krążą miliony porad – ludzie sugerują medytację, bieganie, kopanie w worki treningowe, prowadzenie pamiętnika czy kalendarza. Jest wiele sposobów walki z własnymi lękami – ale jest jeszcze więcej ludzi i charakterów. To ty musisz zdać sobie sprawę, co pomoże ci najlepiej. Dla mnie nie była to joga, ale fikcja. Zatracanie się w książkach, serialach, filmach – w milionie historii, które pomagały mi uciec od rzeczywistości. Nie uderzanie w worek – tylko znalezienie czasu dla siebie, z dala od hałasu, trywialnych rozmów, głupich ludzkich komentarzy. Nie prowadzenie kalendarza czy pamiętnika – ale oddawanie moich problemów bohaterom moich historii, spojrzenie na nie z perspektywy drugiej osoby. Nie medytacja – zwykłe odcięcie się na kilka minut, z słuchawkami w uszach, wyciszenie zewnętrznego świata. Moment na to, żeby pozbierać myśli. Wiem, że to zadziała. Teraz znam już siebie. Teraz wiem, czego potrzebuję. I powoli zaczynam znów lubić samą siebie. Spędzenie czasu w samotności – nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę. Teraz kiedy złe myśli wracają coraz rzadziej, samotność jest coraz lepszym miejscem.
            Czasami ludzie nie będą w stanie zrozumieć. Bo inni przeważnie widzą tylko powierzchnię, a nie to co jest pod nią. Pomyślą, że to niegrzeczne – przebywanie wśród ludzi z słuchawkami na uszach. Spojrzą na ciebie krzywo, kiedy powiesz, że potrzebujesz chwili dla siebie podczas wakacji. Powiedzą – przestań oglądać te głupie seriale, za dużo czytasz i później masz głupie myśli. Nie będą wiedzieć, że twoja własna forma terapii. I wiesz co? Nie wisisz im wytłumaczenia. Musisz zrobić to co musisz, żeby pomóc sobie. Czasami trzeba być egoistą. Czasami trzeba postawić siebie na pierwszym miejscu. Jedyne co jesteś komuś winien – to własne szczęście i spokój ducha. Jesteś to winien samemu sobie.
            Więc poznaj siebie. Znajdź swoje powody. Znajdź własne sposoby. Poznaj swoje lęki, poznaj swoje koszmary. Znajdź to, co sprawi, że będą bardziej znośne. Przestań patrzeć na to wszystko, jak na permanentny stan, od którego już nigdy się nie uwolnisz. Czasami lekarstwo leży właśnie w tobie.

środa, 22 maja 2019

Bezsenność

PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:
http://www.olowkiwewlosach.pl           


 Nie mogę spać. Moje oczy są ciężkie i suche i modlę się do Hypnosa, Piaskowego Dziadka, do kogokolwiek, kto gdzieś tam jest, żeby w końcu zabrali mnie na drugą stronę. Zaciskam powieki, ale nie chcą zostać zamknięte. Wydaje się to nienaturalne, zamykanie ich na siłę, bo sen i tak nie przychodzi. Wstaję. Piję herbatę ziołową. Szukam tabletek na uspokojenie. Krążę po salonie, wymachując rękami. Podskakuję rytmicznie na zimnych płytkach kuchennych. Kolejna herbata. Papieros. Piszę dwa zdania w zeszycie. Otwieram książkę i wpatruję się w strony, próbując nadać słowom sens. Zatrzaskuję ją, wzdychając. Kolejny papieros. Trzy kółka po salonie. Przesuwam palcami po białych klawiszach pianina, próbując przywołać w myślach jakąś melodię. Nie naciskam ich, jest środek nocy. Opieram czoło o zimne okno, wpatrując się w Księżyc. Głupie filmiki na youtube. Przegląd mediów społecznościowych. Powrót do łóżka. Gapienie się w sufit.
            Moje myśli nagle wracają do tego zdania, które powiedziałam milion lat temu, tego dnia, w którym za dużo wypiłam, do tej osoby, o której chcę zapomnieć, do najgorszej jesieni mojego życia, do mojego martwego psa, do krzyków mojego świętej pamięci dziadka, do historii wojennych babci, do setek spraw, o których wcale nie chcę teraz myśleć. Próbuję przypomnieć sobie wszystkie wiersze, które znam na pamięć. Powtarzam je w myślach jak mantrę, jeden po drugim, jak z automatu, bez uczuć, bez sensu. Opowiadam sobie historię, opowiadam sobie wiele rzeczy, żeby wyprzeć te myśli, zepchnąć je do tyłu głowy.
Sprawdzam telefon. Dwadzieścia pięć godzin od ostatniego snu. Pięć godzin snu do budzika. Liczę ile zostanie, jeśli zasnę za 20 minut. Powtarzam liczenie, kiedy już miną. Powtarzam, co jakiś czas w miarę jak wskazówki zegarka przesuwają się leniwie. Uderzam pięścią w ścianę. Krzyczę bezgłośnie w poduszkę.  Przewracam się z boku na bok. Patrzę jak słońce wschodzi. Myślę, jak przetrwać dzień bez spania. Stresuję się. Ile minie, zanim znów będę mogła spać spokojnie? Próbuję dojść do tego, dlaczego właściwie nie mogę zasnąć. Dlaczego czuję się przerażona, skoro nie ma się czego bać?
Przecieram oczy tak mocno, że zaczynają boleć. Wykopuję kołdrę z łóżka. Zwalam winę na pełnię księżyca. Dwie kawy. Licz godziny, nie myśli. Mówię sobie. Licz uśmiechy w autobusie. Nie myśl o spaniu. Nie myśl o tym, ile snu musi ci braknąć, zanim zaśniesz na stojąco. Nie myśl o tym, czy nie przegapisz za chwile przystanku. Nie myśl, nie myśl, nie myśl.
Czasem chciałabym nie myśleć. Czasem chciałabym po prostu spać. Ale bez myśli nie byłoby tych słów. Bez bezsenności nie byłoby myśli. Kiedyś przejdzie i znów zasnę, a sny przestaną być zbyt krótkie i zbyt wyraźne. A słowa zostaną już na zawsze.

sobota, 11 maja 2019

My, dzieci rozwodników


PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:
http://www.olowkiwewlosach.pl/          


 My, dzieci rozwodników, mamy w sercu dziurę. Czasem nie potrafimy ufać. Często czuliśmy się niechciani. Boimy się opuszczenia. Przewracamy oczami w kościołach słysząc „i nie opuszczę cię, aż do śmierci”. Mamy problemy, ze stworzeniem związków. Walczymy o relację z naszymi rodzicami. Wiemy, jak to jest, być gołębiem pocztowym pomiędzy mamą i tatą. Wiemy, jak to jest, dzielić swój czas na pół.
            My, dzieci rozwodników, wspinaliśmy się po górach złamanych obietnic. Bywaliśmy kartami przetargowymi. Krzyk to nasz drugi język. Na strychach chowamy pudełka pełne szczęśliwych, starych fotografii. Nosimy blizny dawnych lat – te widoczne i te niewidzialne. Na myśl o świętach skręca nam się żołądek. Mieszaliśmy miłość z nienawiścią. Znamy smak zawodu.
            My, dzieci rozwodników, wszyscy mamy inne historie. Słyszałam i widziałam ich wiele. Jedne bardziej okrutne. Jedne ze szczęśliwszym zakończeniem. Niektóre już prawie zapomniane. Inne zapuściły w pamięci grube korzenie. Ale ból, który czuliśmy, był podobny. Szliśmy równoległymi ścieżkami. I większość z nas przebacza. Większość przynajmniej próbuje. Bo koniec końców, to wciąż nasi rodzice. Te same matki i ojcowie, którzy czytali nam bajki na dobranoc. W niedziele zabierali nas na plac zabaw, odrabiali z nami lekcje w podstawówce. I my, jak zranione szczenięta, zawsze  będziemy chcieli ich miłości. Jeśli uda nam się zachować z nimi relację – w końcu wybaczymy wszystko. Jeśli nie, prześladować nas będą pytania – Dlaczego nas nie chcieli? Dlaczego im nie wystarczamy?
            My, dzieci rozwodników, często nie jesteśmy już dziećmi. Ale czasem wciąż śnimy o tych krzykach. Czasem nie wierzymy w żadne obietnice. Czasem doszukujemy się oszustwa we wszystkim dookoła. Czasem czujemy, że coś w środku nas już zawsze będzie złamane. Nie potrafimy zapomnieć scen z naszego dzieciństwa. Wszędzie gonią za nami duchy przeszłości. Boimy się powtórzyć błędy naszych rodziców. Ale ja wierzę, że jesteśmy w stanie się wyleczyć.
            My, dzieci rozwodników, jesteśmy teraz wszędzie. Z każdym dziesięcioleciem przybywa nas coraz więcej. Nie jesteśmy już marginesem. Nie jesteśmy już sensacją. Nie jesteśmy sami. Nie czujemy się wyobcowani. Możemy mówić o tym bez wstydu. I dzięki temu może łatwiej nam jest dać sobie szansę, by się naprawić.
My, dzieci rozwodników, nie możemy pozwolić, żeby nasz ból był umniejszany. Teraz wszyscy się rozwodzą. Inni mieli gorzej. Zobacz, tamtych bili w domu. Zobacz, ci nie mają co jeść. Nie ma gorszego, lepszego, mniejszego, większego, mocniejszego, bardziej tragicznego. Ból nie potrzebuje przymiotników. Sam ból wystarczy. Każdy z nas czuje go inaczej. Jedni go wykrzyczą. Inni wypłaczą. Jeszcze inni wchłoną go w siebie, zakopią w sercu tak głęboko, że być może nie ujawni się przez długie lata. Ale ten ból zawsze gdzieś pozostanie.
My, dzieci rozwodników, nie zbudujemy niczego na gruzach przeszłości. Musimy je uporządkować. Pozbierać to, co się da. Wyrzucić to, co nadaje się już tylko do śmieci. Pogodzić się z tym, że pewne rzeczy już nie wrócą. Zaakceptować układ, w jakim znaleźliśmy się nie z naszej winy. Odrzucić tych, którzy nie chcą nas kochać. Dać szansę tym, którzy chcą naprawić swoje błędy. I uczyć się ufać na nowo. Musimy pogodzić się z tym, że demony naszego dzieciństwa, mogą mieć wpływ na nasze dorosłe życie. Często nie będziemy mogli iść dalej dopóki się z nimi nie uporamy. Nie ma nic złego w pójściu do psychologa w wieku 30tu lat, żeby załatać dziury, które powstały kiedy mieliśmy lat 13. Nie ma niczego dziwnego, w rozpamiętywaniu przeszłości, nie ważne jak bardzo odległej.
My, dzieci rozwodników, być może sami będziemy kiedyś rozwodnikami. A może nie rozwiedziemy się nigdy, niezależnie jak źle potoczą się nasze małżeństwa, nie chcąc zrobić krzywdy swoim dzieciom. Może nigdy nie weźmiemy ślubu. Może zamiast popełniać błędy naszych rodziców, popełnimy jeszcze gorsze. Może kiedyś spojrzymy na to wszystko, z innej perspektywy. Może. Wiem jedno – ból zostanie. Wspomnienia zostaną. Ale to nie znaczy, że już zawsze będą nas definiować. Bo my, dzieci rozwodników, nie jesteśmy tylko dziećmi rozwodników. Mamy własną drogę. Nie jesteśmy schematem. Ich błędy, nie są naszymi. Musimy popełniać swoje, nie pozwalając by cień naszej przeszłości wiecznie wisiał nad nami. Nie przekuwajmy cierpienia w lekcję. Przekujmy je w doświadczenie.

czwartek, 14 marca 2019

Kiedy tracisz siebie


 PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:


Nigdy nie obchodziło mnie co myślą inni ludzie. Szłam przez życie nigdy nie przepraszając za to kim jestem. Klęłam jak szewc, paliłam jak smok, mówiłam zbyt dużo, często nie myśląc o moich słowach. Zawsze wyrażałam swoją opinię, niezależnie od tego, jak ktoś mógł ją odebrać. I wciąż to robię. Ale nigdy wcześniej nie poświęcałam zbyt wielu myśli temu, jak postrzegają mnie inni. Nie przejmowałam się dziurą w rajstopach czy odrobiną błota na moich butach. Nie obchodziło mnie kilka gram tłuszczu na moim brzuchu. Miałam gdzieś, czy ludzie starsi ode mnie myślą sobie, że jestem niepoprawna czy zbyt zuchwała. Nie ruszało mnie jeśli ktoś mnie nie lubił, nie ruszały mnie szepty w damskich toaletach. Nigdy nie musiałam się tym przejmować. Zawsze otaczała mnie duża grupa ludzi, znajomi, przyjaciele – którzy nigdy mnie nie osądzali. W liceum nie miałam też czasu na przejmowanie się tym, co powiedziałam czy zrobiłam. Nigdy wcześniej nie analizowałam własnych akcji. Teraz często zastanawiam się, co zajmowało wtedy moje myśli? Fakt, że oblewam matmę? Sobotnia impreza? Nie mam zielonego pojęcia. Ale ta pewność siebie, ta beztroska musiała być świetnym uczuciem. W miarę jak dorastałam powoli je traciłam. I w końcu straciłam je do tego punktu, w którym nie znałam już własnej wartości. Zawalone studia, problemy rodzinne, chroniczny ból, depresja, presja z jaką spotykamy się dorastając – wszystko to musiało się do tego przyczynić. I przez lata traciłam kawałek po kawałku, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że przestałam kochać samą siebie. Przestałam czuć jakbym była cokolwiek warta.
            Ale później zaczęłam zastanawiać się – co właściwie definiuje naszą wartość? Kto decyduje ile znaczymy?  Jakim wymogom musimy sprostać, żeby być coś wartym, żeby czuć się istotnym? Wydaję mi się, że wielu z nas całe życie szuka poczucia własnej wartości. Gonimy za ocenami w szkole, które na dłuższą metę niewiele znaczą, przyjaciółmi, których tak naprawdę nie obchodzimy i pracą, której nawet nie lubimy. W głowach zakorzenioną mamy jakąś ideę, obrazek, który pokazuje nam jak powinno wyglądać nasze życie. Czujemy się przygnębieni, kiedy nie potrafimy jej sprostać. Decydujemy, że w takim razie musimy być gorsi od innych. Bo nie skończyliśmy odpowiedniej szkoły albo nie radzimy sobie na studiach. Bo nie zarabiamy wystarczająco. Bo nie mamy wielu przyjaciół. Bo nie potrafimy zbudować związku. Bo nasza rodzina nas odrzuciła. Bo nie wyglądamy tak, jak ludzie w telewizji. Bo nie jesteśmy tak pewni siebie, wygadani, błyskotliwi albo zabawni jak ktoś inny. Zawsze znajdzie się coś w czym jesteśmy gorsi.
            Ciężko jest kochać siebie. Zwłaszcza w tym nowoczesnym świecie, gdzie wydaje się, że wszyscy krzyczą o swoich osiągnięciach na facebooku czy instagramie. Gdzie wszystko, co widzimy w mediach to idealne ciała, idealne twarze, idealni ludzie, którzy świetnie prosperują i odnoszą same sukcesy. W głębi duszy wiemy, że ci ludzie są z papieru. Ale wciąż chcemy ich doścignąć, porównujemy się do nich, chcemy być nimi. Nasza samoocena budowana jest na fałszywych i nieosiągalnych oczekiwaniach. Nasze cele są wyznaczane przez presje społeczeństwa. Tracimy samych siebie goniąc za nimi.
            A kiedy stracisz już siebie, ciężko jest wrócić. Często jest dostrzec, że jesteśmy potrzebni na tym świecie. Bo ludzie rzadko kiedy mówią nam – liczysz się. Rzadko upewniają nas w tym, że w naszym istnieniu jest jakiś sens . To nie jest ich wina – nikt nie uczy nas, żebyśmy tak robili. Idziemy przez życie skupiając się na sobie, naszych celach, naszych uczuciach i opiniach i czasem w tym wszystkim zapominamy się rozejrzeć. Naprawdę zobaczyć tych, którzy są obok nas. Czasem nie jesteśmy w stanie dostrzec, że inni potrzebują jakiegoś zapewnienia, dopóki sami go nie potrzebujemy. Czasem ktoś musi nam przypomnieć, że inni mogą czuć się niepewni siebie czy nic nie warci. Czasem musimy zdać sobie sprawę, że nie jesteśmy tacy sami. Każdy z nas przeżywa wszystko na swój własny sposób i fakt, że czegoś nie doświadczyliśmy nie oznacza, że inni też tego nie doświadczyli.
            I tak powoli dochodzę do wniosku, że tylko ty decydujesz o własnej wartości. Inni mogą mieć samochody, domy, świetne kariery czy dwie specjalizacje przed trzydziestką. Jeśli to sprawia, że wydaje ci się, że stoisz w miejscu – okej, ale to wcale nie oznacza, że nie jesteś mniej wart. Zawsze znajdzie się ktoś bardziej utalentowany, chudszy czy bardziej popularny. Ale my nie musimy osiągać ich celów. Wystarczą nam nasze własne. Zróbmy to powoli. Osiągajmy je we własnym tempie. Nie ma nic złego w poczuciu, że nic w twoim życiu nie trzyma się kupy. Nie ma nic złego w zmianie studiów, jeśli zdecydujesz, że to nie dla ciebie. Nie nic złego w rzuceniu szkoły, jeśli czujesz, że sobie nie radzisz. Nie ma nic złego w zrobieniu sobie przerwy. Możesz nie wiedzieć kim jesteś w wieku 25 lat. Możesz zmienić karierę w wieku 30. Możesz zacząć nowe hobby po 40stce. Nigdy nie jest dla ciebie za późno. Nie pozwól, żeby ktoś ci to wmówił.
            I w razie, jeśli potrzebujesz to dziś usłyszeć, pozwól, że powiem ci jedno – liczysz się. Twoje słowa są warte usłyszenia. Twoje uczucia są ważne. Twój ból jest prawdziwy. Nie jesteś sam/a. Masz czas, żeby się pozbierać. Masz czas, żeby wszystko naprawić. Świat się dla ciebie nie zatrzyma, ale ty możesz się zatrzymać. Weź głęboki wdech. Zrób sobie przerwę. Zrób coś, co cię uszczęśliwia. Oczyść umysł, spójrz w lustro i powiedz sobie – liczę się! Jestem zajebisty/a. Skup się na czymś, w czym jesteś dobra/y i spraw, że będziesz jeszcze lepsza/y. Bądź najlepszą wersją samej/go siebie a nie podróbką kogoś innego.  I kiedy pokochasz siebie na nowo – powiedz innym, że się też liczą.