Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 kwietnia 2019

(Nie)komercyjny snobizm


 PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:

Nie lubię niekomercyjnych snobów. Ludzi, którzy uważają, że są ponad cały ten mainstream i komercję. Myślą, że są wyjątkowi i lepsi od innych dlatego, że nie słuchają popularnych zespołów, nie tykają książek z TOP 10 w empiku i nie oglądają filmów, na których w kinach są pełne sale. Nie zapoznają się z tego typu mediami i już. Nie spróbują przeczytać czy obejrzeć, bo z góry spisują je na straty - bo to komercha. Bo wszyscy o tym gadają. Bo ciągle leci w radiu. Bo wszędzie plakaty. Po prostu nie i tyle.
                Trochę żal mi takich ludzi. Myślę, że wiele ich omija. Bo komercyjne nie znaczy od razu złe. W końcu jest jakiś powód, dlaczego coś zyskuje popularność. Ja również często nie przepadam za komercyjną muzyką czy książkami - ale staram się posłuchać, przeczytać, zanim je ocenię. Pamiętam kiedy zaczął się boom na 50 Twarzy Greya - męczyłam się niemiłosiernie czytając tę książkę. Ale przeczytałam. Mogę ze spokojem powiedzieć - nie moja bajka. Ale jak tobie się podoba, proszę bardzo. Lub sobie to, na co masz ochotę ( o czym pisałam już w tekście Winni Upodobań).
Nie do końca rozumiem skąd wzięło się przekonanie, że każdy mainstream jest zły. Czy boimy się, że lubiąc to samo, co inni zatracimy swoją oryginalność? Często słyszę ludzi, mówiących z dumą, że lubili coś, zanim to stało się popularne. Czy osoba, która zaczęła słuchać danego wykonawcy, dopiero po tym, jak usłyszała go w radiu jest gorsza? Czy ktoś, kto odkrył daną serię książek, dopiero, kiedy pojawiła się ekranizacja, jest słabszym fanem? Nie ważne w jaki sposób zaczniemy coś lubić. Ważne, że w końcu to odkryliśmy. Ważne, że daje nam to szczęście.
W ostatnich tygodniach wróciła Gra o Tron. Przyznaję, serial jest wszędzie. Plakaty, recenzje odcinków, teorie, memy wysypujące się na tablicy facebooka i na Instagramie.  Jako fanka – nie narzekam. Ale widzę ludzi wylewających błoto na serial, bo wkurza ich ta otoczka medialna. Czy naprawdę stanie się wam taka wielka krzywda, że przewiniecie kilka memów, których nie rozumiecie? Wiem, że wielu z was nie obejrzało nawet jednego odcinka. Więc co daje wam prawo, żeby oceniać? Posługujmy się konstruktywnymi opiniami. Nie lubisz – powiedz dlaczego. Bo argument bo to jest wszędzie, nie jest żadnym argumentem. Jeśli nie twój klimat  - okej. Ale pozwól innym cieszyć się tym doświadczeniem. Pozwól nam przeżywać, analizować, wylewać z siebie emocje. Bo seriale, muzyka, książki, filmy – mają dać nam odskocznie od codzienności. Odskocznie, która wszystkim nam jest potrzebna. Nie ważne, czy jest to Gra o Tron czy francuskie filmy z lat 40tych. Nieważne, czy to Imagine Dragons, czy mało znany zespół ze Skandynawii.
Tak naprawdę unikając wszystkiego, co opatrzone zostało metką mainstream – robisz krzywdę tylko sobie. Nie czyni cię to oryginalnym czy wyjątkowym.  Pozwalasz, żeby dobre książki i seriale przemknęły ci koło nosa. Twój wybór. Nie będę cię do niczego zmuszać. Ale nie psuj innym zabawy. Nie odbieraj im tej niewielkiej dawki radości. Nie krytykuj tego, czego zwyczajnie nie znasz. Świat byłby dużo piękniejszy, gdybyśmy przestali oceniać siebie przez pryzmat naszych gustów. Róbmy swoje. Oglądajmy to, co chcemy oglądać. I przestańmy z tym kultem nienawiści do mainstreamu. Nie uwolnimy się od niego. Komercja zawsze była i zawsze będzie. Możemy od niej uciekać, ile chcemy, ale w końcu zawsze nas dopadnie. Czemu by się z nią nie zapoznać? Może jeśli damy jej szansę, odkryjemy coś, co ulepszy nam trochę codzienność. I nie będzie w tym niczego złego.

środa, 3 kwietnia 2019

No, bądź mądrzejsza!

PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:

Nie kłóć się, bądź mądrzejsza. No, wyciągnij rękę. Daj sobie spokój, nie ma co. Odpuść. Ustąp. Bądź mądrzejsza! No, bądź mądrzejsza!. Znacie to? Zaczyna się w dzieciństwie, przy walkach o zabawki. Wtedy to może jeszcze przejdzie, bo czasem to najlepszy sposób na rozejm. Chociaż mam wrażenie, że to właśnie przez słyszenie tego w kółko za dzieciaka, z automatu przenosimy to do dorosłego życia. A wydaje mi się, że niekoniecznie powinniśmy stosować się do tej zasady.
Bo czy "będąc mądrzejszym" nie uczymy drugiego człowieka, że robi dobrze? Czy odpuszczając, nie pozwalamy mu myśleć, że jednak ma racje? Czy będąc mądrzejszym, nie okradamy go z jakiejś lekcji życiowej? My jesteśmy mądrzejsi, więc - analogicznie - ich czynimy głupszymi. Nie lepiej byłoby nauczyć czegoś drugą osobę?
W moim przypadku to "bądź mądrzejsza" to zmora mojego życia. Pal sześć dzieciństwo, młodsze kuzynki czy dzieci na placach zabaw. Przez lata kazano mi być mądrzejszą w relacjach ze starszymi. Od partnerki ojca starszej ode mnie o 25 lat. Od rodziny, która powinna była mnie chronić, uczyć i wychowywać. Może źle robią, ale nie rób już afery, bo po co? Może nie maja racji, ale bądź mądrzejsza. Bo starsi. Bo szacunek. Bo tak wypada. Bo po co się kłócić. Bo lepiej przemilczeć. Lepiej ignorować. Udawać, że nic się nie stało. No po prostu - być mądrzejszym.
To bycie mądrzejszą zaprowadziło mnie donikąd. Nie uświadamiałam nikomu, że robi źle. Często gryzłam się w język, bo mama mówiła, że to nie ma sensu.  Nie pokazywałam, że coś jest nie tak. A kiedy nawet udawało mi się to zrobić, spotykałam się z ignorancją i cała sprawa szybko szła w zapomnienie. Więc ocierałam łzy i też zapominałam. Byłam mądrzejsza. Po co wypluwać z siebie setki słów, z których połowa i tak nie dociera? Po co kłócić się z kimś, kto i tak nie zrozumie?  Ale sęk w tym, ze powinien zrozumieć. Chociaż spróbować. Wszyscy mamy prawo zostać wysłuchani. Niezależnie od wieku, wykształcenia, płci, koloru skóry, orientacji. Wszyscy mamy prawo do zrozumienia. Będąc „mądrzejszym”, odpuszczając, nie reagując na własną krzywdę, sami odbieramy sobie to prawo.
Dlatego przestańmy już, z tym byciem mądrzejszym. Bo tak naprawdę wcale nie jesteśmy wtedy górą. Jeśli jesteś pewien swojej racji, dlaczego masz odpuścić? Jeżeli wiesz, ze ktoś robi źle, dlaczego masz na to pozwolić? Nie uczmy innych, ze wszystko im wolno, tylko dlatego, ze boimy się konfrontacji czy kłótni. Nie pozwólmy im mówić wszystkiego, co im ślina na język przyniesie, tylko dlatego, że krzyczą głośniej od nas. Nie pokazujmy, że mogą ignorować nasze uczucia, tylko dlatego, że świetnie wychodzi im wzruszanie ramionami. Nie dajmy wprowadzić się w fałszywe poczucie, że nasz młodszy wiek automatycznie sprawia, że nie mamy racji.
Zacznijmy uczyć się od siebie. Słuchajmy się nawzajem. Tłumaczmy sobie nasze spojrzenie na świat.  Kłóćmy się mądrze. W starciu z wartościową osobą, nie musisz odpuszczać. Możesz wymienić swoje racje bez rozlewu krwi. Możesz rozmawiać, szanując zdanie innych. Nie musisz milczeć. Nie musisz przerywać. Nie musisz być mądrzejszym. A jeśli osoba na przeciw ciebie nie ma zamiaru cię wysłuchać i wciąż upiera się przy swoim – może lepiej odpuścić sobie taką znajomość. Ja byłam kiedyś mądrzejsza, ale teraz jestem po prostu zmęczona. Bo ile razy można zagryzać język do krwi? Ile razy można przełykać łzy i udawać, że nic się nie stało? Ile razy można odpuszczać? Limit się wyczerpał. Zaczynam walczyć o swoje. Teraz będę już głupsza. Może życie będzie łatwiejsze?

piątek, 29 marca 2019

Gdyby nie nauczyciele...

            W mediach burza o nauczycieli. Poczytałam komentarze, przejrzałam wpisy. Różni ludzie się wypowiadają. Matki, ojcowie, uczniowie. Wielu nie popiera. Czytam te żale, obelgi i oskarżenia i trochę mi przykro. Bo nauczyciele to przecież ważna część naszego życia. Od liceum minęło mi już kilka lat, ale ja wciąż wspominam grono pedagogiczne. Jednych z uśmiechem, innych z niechęcią – ale to wciąż ludzie, których pamiętać będę na zawsze. Kiedy czytam wpisy obecnych uczniów i cofam się do czasów nastoletnich, muszę przyznać: możliwe, że kilka lat temu też wypowiedziałabym się o nauczycielach w sposób nieprzyjemny. Ale teraz już nie.
Przez lata spędzamy około 1/3 naszego czasu w szkole. Każdy z nas inaczej odnajduje się w tym środowisku. Nieraz zdarza się, że jest toksyczne, czasem to najlepsze lata naszego życia. Wspomnienia tych czasów to rzecz jasna przede wszystkim rówieśnicy. Ale nauczyciele są tuż za nimi. To oni, zaraz po rodzicach, kształtują często nasze spojrzenie na świat. Niektórzy nauczą nas dużo więcej, niż równania czy szerokości geograficzne. My, podczas każdego szczebla edukacji, musimy zapamiętać dziesięciu, góra piętnastu z nich. Oni muszą pamiętać nas wszystkich. I o dziwo, pamiętają! Nie przypominam sobie przypadku, kiedy któryś nauczyciel nie kojarzył czyjegoś imienia. Podchodzą do nas indywidualnie, przez spędzone z nami w klasie miesiące powoli nas poznają.  Zachęcają nas do rozwoju. Popychają do przodu, kiedy tego potrzebujemy. Strofują, kiedy trzeba nami trochę wstrząsnąć.
Poznałam nauczycieli różnego rodzaju. Byli ci pełni wsparcia, w pełni poświęceni swojej pracy. Byli tacy, którzy wiecznie pluli jadem, zachowując się jakby w szkole znaleźli się za karę. Byli „koledzy”, wyluzowani, otwarci, zachowujący się jak nasi dobrzy znajomi. Inni bywali surowi, zimni i niedostępni, niemalże mechaniczni, pozbawieni uczuć. Byli okrutni i pobłażliwi. Ci, których kochaliśmy i ci, których się baliśmy. I moi ulubieni – nauczyciele przedmiotów, z których nie szło mi za dobrze, ale mimo to na ich lekcje zawsze chodziłam z chęcią.
Nie wiem czy pisałabym dziś ten tekst, gdyby nie oni. Oczywiście rodzice zawsze zachęcali mnie do rozwoju moich pasji, kupowali mi setki książek, które połykałam wieczorami. Ale rodzice to rodzice. Niezależnie, jak coś zrobimy, dla nich zawsze będzie to wspaniałe. To opinia nauczycieli polskiego bardziej popchnęła mnie w stronę pisania. Do polonistów zawsze miałam szczęście. Już w podstawówce, po komentarzu mojego nauczyciela urodziła się we mnie pasja do pisania. W gimnazjum znowu trafiłam na nauczycielkę, która chwaliła moje prace. Później, kiedy byłam już w liceum, wszystko zaczęło się bardziej rozkręcać. Nie dość, że miałam kreatywną klasę, trafiło nam się też grono pedagogiczne, które zachęcało nas do rozwoju. Kręciliśmy filmy, jeździliśmy na festiwale, braliśmy udział w każdym wydarzeniu szkolnym. Nauczyciele poświęcali swój prywatny czas, żebyśmy my mogli realizować własne pasje. Byli otwarci na nasze pomysły, nie traktowali nas z góry ani z dystansem.
Wiadomo, że w każdej szkolnej karierze znajdzie się jakiś zły pedagog. Miewałam nauczycieli, którzy nie dość, że nic mnie nie nauczyli, to jeszcze dokładali stresu. Zdarzało mi się chodzić na lekcje niemieckiego z bólem żołądka. Pamiętam, jak germanistka powiedziała mi na początku roku z góry, że nie dopuści mnie do matury i już. Pamiętam walki stoczone z naszym chemikiem, o którym do dzisiaj krążą legendy. Pamiętam potyczki słowne z katechetką w gimnazjum. Nauczycielkę angielskiego, która uparcie wystawiała mi same tróje, chociaż wiedziała, że potrafię na piątkę. Nie wspominam ich dobrze. Ale wspominam. I myślę sobie, że każdy kij ma przecież dwa końce.
            W tym roku dotarła do mnie informacja o śmierci mojej matematyczki z liceum. Zaczęłam sobie wspominać te wszystkie sytuacje, kiedy przeklinałam ją i jej istnienie. W naszej klasie zawsze mówiło się o niej źle, bo byliśmy humanistami, z matmy sypały się same jedynki. Teraz, jak o tym myślę, zastanawiam się, co ona właściwie miała zrobić? Dawać nam lepsze oceny za nic? Przecież matematyka jest dość klarownym przedmiotem – albo wychodzi ci dobry wynik, albo nie. Nie da się naciągnąć oceny. A że u nas rzadko pojawiały się prawidłowe rozwiązania, nienawidziliśmy jej żarliwie. I matematyki i matematyczki. Mimo to, jest jedną z nauczycielek, która zapadła mi w pamięć najbardziej.  Kiedy dowiedziałam się, że odeszła zaczęłam żałować tych wszystkich słów jadu, jakie wyrzucałam z siebie w liceum. Przyznaję – była ostra. Ale organizowała dodatkowe lekcje, dla tych, którzy nie nadążali. Dało się z nią dogadać w sprawie poprawek. Jak teraz pomyślę sobie, że za te dodatkowe godziny, za te wszystkie popołudnia, które musiała poświęcić na sprawdzanie naszych nędznych kartkówek, dostawała od nas tylko niechęć, skręca mnie w żołądku. A maturę z matmy zdałam przecież koniec końców, jak na humanistkę, całkiem nieźle.
            Dlatego niezależnie jaką macie postawę wobec protestu nauczycieli – zachowajcie szacunek. Gdyby nie oni, może bylibyście dziś w innym miejscu. Nie czytalibyście tego tekstu, gdybyście nie chodzili do szkoły. Praca z ludźmi zawsze jest trudna. Praca z dziećmi i nastolatkami tym bardziej. Nie potrafię nawet wyobrazić sobie ile cierpliwości wymaga ten zawód. Ile stresu się z nim wiąże. Podziwiam nauczycieli. Popieram ich strajk. Bo postanowiłam definiować ten zawód przez pryzmat tych, którzy zmienili mnie na lepsze. Przez pryzmat tych, którzy pomogli mi się rozwinąć. Nie chcę myśleć o tych, którzy mnie zawiedli. Bo przecież nie potępiłabym wszystkich hydraulików tylko dlatego, że jeden spartaczył robotę i nie był zbyt miły. W każdym zawodzie są ci, którzy wykonują go wspaniale i ci, którzy kompletnie się do tego nie nadają. Nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka. Jeśli nie popieracie strajku – nie mam zamiaru mówić wam, żebyście zmienili zdanie. Każdy ma prawo do własnej opinii. Ale zachowajmy szacunek. Nie obrzucajmy ich obelgami w komentarzach. Darmozjady. Nic nie robią. Jak nie chcą siedzieć po godzinach, to niech tyle nie zadają. Uszanujmy ich pracę. Nie znamy jej trudów od kuchni. Nie byliśmy na ich miejscu. Bądźmy wdzięczni, za to co robią dla społeczeństwa. Wyobraźmy sobie świat bez nich. Jak wyglądałaby przyszłość naszych dzieci, gdyby ich zabrakło? Nie oceniajmy. Okażmy im trochę wdzięczności. I pamiętajmy, że każdy może walczyć o swoje prawa. Popieram nauczycieli. Robię to dla tych, dzięki którym, piszę dziś te słowa.  
         

wtorek, 12 marca 2019

Złamałam tylko duszę

PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:

Jestem sparaliżowana. Nie mogę wstać. Moje kończyny nie chcą się ruszyć. Mrugam oczami raz, dwa razy. Czy świat jeszcze się kręci? Wszystko zdaje się być zamglone.  Jak znajdę swoją drogę? Czy to trucizna w moim żołądku? Boli tak bardzo, że wymiotuję. Skręcam się w łóżku i biorę tabletki, ale nic nie pomaga. Czy ten ból kiedyś minie? Czy w moje ciało już zawsze wbijać się będzie tysiące gwoździ, przybijających mnie do łóżka, powstrzymujących mnie przed pójściem do przodu? Czy zawsze będę uwięziona w tej ciemności? Czy mam jakąś przyszłość? Czy mam jakąś teraźniejszość?
            Nie złamałam kości, tylko duszę. Moje oczy działają dobrze, z błędnikiem też wszystko w porządku. Zgubiłam gdzieś życie. Zgubiłam racjonalne myślenie. Nie mam wrzodów na żołądku. To strach i stres zmieniły się w małego potwora, który zjada mnie od środka. Nie jestem śmiertelnie chora. Nie zrobiły mi tego złe geny. Nie miałam nieszczęśliwego wypadku. To nie jest jedna z moich opowieści. To nie jest moja wyobraźnia. To jest prawdziwe.
            Dlaczego mnie nie słuchacie? Czy jestem dla was tylko ciałem?  Czy nie ma we mnie nic więcej poza kośćmi, mięsem i skórą? Gdybym faktycznie złamała jakąś kość, pobieglibyście na ratunek. Polecalibyście jakieś leczenie. Ale kiedy łamie mi się dusza, mówicie, że przesadzam. Wymyślam. To dzieje się tylko w mojej głowie. Weź się w garść – rzucacie lekko. Przestań się tak przejmować głupotami - przewracacie oczami. Kiedy mówię o tym otwarcie – umniejszacie mój ból. Irytujecie się. Kiedy nie mówię o tym wcale – pytacie: Co jesteś taka dziwna? Jeden krok w przód, dwa do tyłu. Chcecie wiedzieć, ale nie chcecie zrozumieć.  Patrzycie na mnie, ale nie chcecie mnie widzieć.
            Czasem cieszy mnie to, że tak jest. Bo to oznacza, że złe myśli nigdy nie wkradały się w wasze głowy bez zapowiedzi. Wasz oddech nie stawał się płytki, za każdym razem, kiedy ktoś wspomniał o tej jednej, konkretnej rzeczy, która uruchamia złą dźwignie w umyśle. Wnętrzności nie wywracały się wam ze stresu. Kiedy idziecie spać, śpicie. Kiedy wstajecie, jesteście rozbudzeni. Nie boicie się jutra. Czujecie spokój. Nigdy nie bolała was dusza. Może dlatego wątpicie. Bagatelizujecie. Przestań się tak martwić- mówicie widząc moje łzy. Gdyby to było takie proste, nie sądzicie, że zwyczajnie bym tak zrobiła? Dlaczego sobie to robisz? Jesteś nienormalna! – krzyczycie widząc blizny na moim przedramieniu. Może i jestem. Ale czy naprawdę sądzicie, że wytknięcie mi tego w jakiś sposób mi pomoże?
Chciałabym móc pokazać wam moją duszę. Pokazać plastry, jakie na nią przyklejam. Nauczyć was, jak ją bandażuję. Pokazać blizny, które nosi z dumą. Blizny, które mówią: wciąż tu jestem. Przetrwałam. Chciałabym opowiedzieć wam o tym, jak czasem wasze słowa ją ranią. O tym, jakimi środkami łagodzę jej ból. O ciemności, jaka ją otacza. O tym, jak z nią walczę. Ale nie chcecie słuchać. Chcecie tylko mówić.
Spróbujcie nie rzucać słów na wiatr. To naprawdę nie kosztuje zbyt wiele.  Zastanówcie się. Zamiast powiedzieć: Przesadzasz! Spytajcie: Jak mogę ci pomóc? Zamiast dawać bezsensowne rady, spytajcie czy potrzebuję kogoś, kto byłby obok. Nie kategoryzujcie. Spróbujcie wysłuchać. Uwierzcie mi na słowo. Poczytajcie. Edukujcie się. Nie szukajcie przyczyn. Nie pytajcie: Dlaczego? Możliwe, że tu jest. Możliwe, że go tu nie ma. Nauczcie się, że choroby potrafią wziąć się też znikąd.
A depresja.
Jest.
Chorobą.
Stany lękowe. Psychoza. Schizofrenia. Paranoja. Anoreksja. Bulimia. To wszystko to choroby. Nie dotykają ciała, tylko duszy i umysłu. Tych ulotnych części nas, które często uważamy za najważniejsze. To nie jest żaden wymysł. Przyjmijcie to do wiadomości. Czasem niewiele potrzeba, żeby zniszczyć komuś życie. Niewiele też trzeba, żeby je uratować. Słowa ranią i koją. Wystarczy dobrać je mądrze. Wystarczy pomyśleć. Nie ignorujecie czyjegoś bólu, tylko dlatego, że sami go nie doświadczyliście. Nigdy nie wiecie, czy kiedyś nie dopadnie też was.

środa, 6 marca 2019

Zapytaj mnie o deszcz

 PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:
http://www.olowkiwewlosach.pl/            

 Nie znoszę pogawędek. Nie wiem nawet, czy można to tak nazwać, ale tak właśnie słownik tłumaczy mi angielskie wyrażenie „small talk”. Dosłownie - mała rozmowa. I jest to idealne określenie, bo takie konwersacje zazwyczaj do naszego życia wnoszą bardzo mało. I nie chodzi mi tu tylko o rzeczy typu: Ładna dziś pogoda. Ale się rozpadało. W końcu weekend. Nie znoszę też tych wszystkich suchych pytań, jakie ludzie zadają ci przy pierwszych paru spotkaniach. Gdzie pracujesz? Ile zarabiasz? Co robią twoi rodzice? Masz samochód? Gdzie chodziłaś do szkoły? Boże, dlaczego tak bardzo obchodzą ich takie głupie informacje? Czy naprawdę pozwala im to mnie poznać? Bo  przecież to, gdzie pracuję, nie mówi o mnie za wiele. A jak mało ludzi spyta później: Lubisz swoją pracę? Zawsze chciałaś to robić? Jak wiele spyta: Jakie jest twoje ulubione wspomnienie z liceum? To już chyba mówi coś więcej o człowieku, prawda? Ale ludziom wystarczają suche fakty. Nie potrzebują więcej pytań.
                Jeśli chcesz mnie poznać zapytaj mnie o deszcz. Nie o to czy jutro będzie padać. Spytaj czy lubię zapach deszczu w maju. Spytaj co robię w deszczowe wieczory. Nie pytaj gdzie pracuję, ale jakie mam marzenia. Nie pytaj, co robią moi rodzice, ale czego nauczyli mnie w życiu. Zamiast wyciągać ze mnie ile zarabiam, spytaj co sprawia, że jestem szczęśliwa. Nie pytaj co jadłam na obiad. Spytaj jaki byłby mój ostatni posiłek, gdybym za chwilę miała pożegnać się ze światem. Nie pytaj o religię, ale o moją filozofię życia. Nie pytaj czy podobała mi się dana książka, ale jakie wyciągnęłam z niej wnioski. Nie pytaj o politykę, ale o to o jaki chcę walczyć świat.
                Czy nie brzmi to lepiej, ciekawiej? To działa w dwie strony. Nie opowiadaj mi o swojej pracy biurowej. Powiedz, co robisz kiedy wracasz do domu, co sprawia, że zapominasz o codzienności. Nie mów o tym co kupiłeś i ile wydałeś. Zamiast tego powiedz mi, kiedy ostatnio zrobiłeś coś po raz pierwszy. Nie obchodzi mnie ile basenów miał twój hotel na wakacjach i jakie serwowali tam drinki. Powiedz mi co czułeś, kiedy podczas lotu pojawiły się turbulencje? Powiedz mi o miejscu jakie tam odkryłeś. Naprawdę nie obchodzi mnie jakim jeździsz samochodem. Czy kiedyś wsiadłeś do niego i jechałeś w nieznane, bez konkretnego planu? Dokąd dotarłeś? Opowiedz mi o najlepszym dniu twojego życia. Opowiedz mi o twoim pierwszym mandacie. Opowiedz mi o tym, jak wpadłeś w tarapaty w liceum.  Opowiedz mi o twojej ulubionej porze dnia lub nocy. Opowiedz mi coś, co powie mi coś o tobie. Opowiedz mi coś, czego nikt o tobie nie wie. Opowiedz mi cokolwiek chcesz, byle miało to dla ciebie jakieś znaczenie.
                Problem w tym, że ludzie z reguły nie lubią takich pytań. Może zwyczajnie nie są do nich przyzwyczajeni. Wolą odpowiadać z automatu. Pracuję w kancelarii. Mam Forda. Byłem na Kanarach. Popieram PO. Skończyłem Technikum Hotelarstwa. Wolą pytania, nad którymi nie muszą się zbytnio zastanawiać. Czy sztuka konwersacji zanikła z biegiem czasu? Czy zgubiliśmy ją w pędzie codziennego życia? Czy może nigdy nie istniała? Może zawsze woleliśmy ukrywać siebie za zbieraniną suchych faktów. Zacznijmy pytać o więcej. Zacznijmy patrzeć na świat oczami innych ludzi. Porozmawiajmy o czymś co odbiega od zwykłej codzienności. Czy nie wystarczy, że musimy zmagać się z nią dzień w dzień?