piątek, 31 maja 2019

Pewnego dnia


PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:
http://www.olowkiwewlosach.pl/            


Pewnego dnia, to wszystko minie. Te mgliste dni, które spędzasz zakopana pod kocami, z głową wtuloną w poduszkę. Bezsenne noce, kiedy jedyny dźwięk, który słyszysz to twój własny, nierówny oddech. To dziwne uczucie w brzuchu, jakbyś za chwilę miała spaść z urwiska. Swędzenie skóry, ciężar w klatce piersiowej i skręty żołądka. Pustka w twoich oczach. Chaos w twojej głowie. Niezdolność do cieszenia się z najmniejszych nawet rzeczy. Chęć zapicia tego wszystkiego, sprawienia, że będziesz jeszcze bardziej zdrętwiała, niż jesteś.
            Pewnego dnia, to wszystko odejdzie. I wtedy nadrobisz wszystkie swoje ulubione seriale. Przeczytasz książki, które od miesięcy stoją na półkach, bo nie potrafiłaś skupić się na tyle, żeby przebrnąć przez pierwsze dwadzieścia stron. Pójdziesz do kina, kupisz duże nachosy i nie zwymiotujesz ich tuż po napisach końcowych. Wyjdziesz w weekend z przyjaciółmi i nie będziesz musiała udawać uśmiechu. Odłożysz telefon i zamiast przeglądać bezmyślnie wszystkie aplikacje po kolei, będziesz śmiać się, śpiewać, rozmawiać. Twój dzień znów będzie miał rytm. Będziesz wstawać rano i znosić trudy i stawiać czoła swoim problemom, zamiast od nich uciekać. Będziesz robić to, co kochasz, tylko dlatego, że to kochasz. Nie po to, żeby uciszyć myśli. Nie po to, żeby uśmierzyć ból. Pojedziesz na wakacje i będziesz w stanie naprawdę odpocząć. Spojrzysz na świat i będziesz go doceniać, nie będziesz już się bać. Powiesz swoim bliskim, że ich kochasz i nie będzie to brzmiało jak „dziękuję”, ani jak „do widzenia” albo jak kolejne puste słowa, za którymi nic się nie kryje. Bo tym razem będziesz w stanie im to pokazać. Zaczniesz planować przyszłość, dlatego że chcesz a nie dlatego, że myślisz, że musisz. A kiedy ktoś powie coś niedelikatnego, kiedy rzuci słowa na wiatr, nie myśląc, że mogą ranić zdasz sobie sprawę, że to tylko słowa. I nie będziesz obsesyjnie analizować ich całymi nocami, nie będziesz wierzyć, że są prawdziwe. Pewnego dnia przestaniesz czytać artykuły ogłaszające koniec świata, czekając, aż któraś z tych przepowiedni w końcu się spełni. Pominiesz je, śmiejąc się z ich głupoty. A kiedy autobus, którym jedziesz gwałtownie zahamuje, nie będziesz już rozmyślać o tym, jakby to było gdyby się rozbił.
            Pewnego dnia. Nie mogę obiecać ci, czy jutro, za tydzień, czy może za kilkanaście miesięcy, ale pewnego dnia to wszystko przejdzie. Trzymaj się go. Kiedy w końcu do niego dotrzesz spojrzysz wstecz na te wszystkie ciężkie dni, przypomnisz sobie swoje mroczne myśli i przez chwilę będziesz żałować tych momentów zmarnowanych na smutek. Nie będziesz wdzięczna za swoją depresję, za lęki, za ból, za apatię. Ale zaakceptujesz, że były, że wciąż są, częścią ciebie. I jeśli kiedyś wrócą, poradzisz sobie z nimi lepiej. Zostaną na krócej i krócej i w końcu może nie wrócą już nigdy. I nagle przestaniesz marzyć o wehikule czasu, który mógłby cofnąć to wszystko i zapobiec tym stanom. Bo zdasz sobie sprawę, że niezależnie jak ciężko było, zaprowadziło cię to tutaj. I zaczniesz doceniać swoich bliskich bardziej, niż wcześniej, zaczniesz liczyć swoje błogosławieństwa, a nie grzechy i będziesz wdzięczna za to życie. I znów będziesz żyć w pełni.

czwartek, 30 maja 2019

Lekarstwo leży w tobie


PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:
http://www.olowkiwewlosach.pl            

Trochę czasu zabrało mi, zanim poznałam samą siebie. Spędziłam całe życie analizując postępowanie innych ludzi, próbując zrozumieć różne punkty widzenia i starając się pomóc rozwiązać problemy innych. Potrafiłam postawić się w sytuacji drugiej osoby. Nie wiem czemu ludzie zawsze przychodzili do mnie ze swoimi  rozterkami. Potrafisz słuchać – twierdzili. Ale w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że mimo że faktycznie dobrze rozumiem innych – zupełnie nie rozumiem samej siebie.
            Nie wiem w którym momencie zaczęłam to wszystko pojmować. Kiedy zdałam sobie sprawę co sprawia, że nie mam ochoty wychodzić z łóżka? Ile czasu minęło, zanim znalazłam słowa, które mogły opisać niezliczone wizje w mojej głowie, wyjaśnić koszmary, które mnie prześladowały? Kiedy pojęłam wszystkie powody moich łez, trzęsących się rąk i ataków paniki? Kiedy zrozumiałam, że czasem po prostu potrzebuję samotności i nie ma w tym nic złego? To była długa droga. Ale kiedy w końcu pojęłam te wszystkie rzeczy, wszystko okazało się łatwiejsze.
            Wydaję mi się, że to ważny krok. Poznać siebie. Bo kiedy w końcu doszłam do powodów, dźwigni, które uruchamiają cała maszynerię w moim umyśle – zaczęłam znajdywać sposoby, żeby sobie z tym radzić. Sposoby na uciszenie moich myśli, uspokojenie trzęsących się dłoni. Nie chodzi tu o to, że musisz od razu pokochać siebie. Droga od samo nienawiści do samoakceptacji wybrukowana jest zwątpieniem i brakiem wiary w siebie. Jest piekielnie długa. Ale poznanie siebie pozwolili ci postawić na niej pierwsze kroki.
            I tak, kiedy w końcu poznałam moje powody i znalazłam moje sposoby – okazało się, że mogę już przestać okłamywać samą siebie. Bo kłamałam tak długo, próbując udawać, że nic mi nie jest, że ten ciężar na moich barkach nie istnieje. Próbowałam udawać, że jestem szczęśliwa tak bardzo, że sztuczny uśmiech ubierałam nawet patrząc w lustro w samotności. I w końcu skończyłam z kłamstwami i zrozumiałam, że imprezowanie do rana, żeby udowodnić komuś (a raczej sobie), że wszystko jest w porządku do niczego mnie nie doprowadzi. Zaczęłam rozumieć sytuację, których powinnam unikać. A jeśli nie mogłam ich uniknąć– jak radzić sobie z ich potencjalnymi konsekwencjami. Zdecydowałam się wyrzucić z mojego życia tych, którzy mieli na mnie negatywny wpływ. Czy to wszystko sprawiło, że moja depresja i stany lękowe nagle zniknęły? Nie. Ale sprawiło, że zaczęły być bardziej znośne.
            Każdy z nas jest inny. Po sieci krążą miliony porad – ludzie sugerują medytację, bieganie, kopanie w worki treningowe, prowadzenie pamiętnika czy kalendarza. Jest wiele sposobów walki z własnymi lękami – ale jest jeszcze więcej ludzi i charakterów. To ty musisz zdać sobie sprawę, co pomoże ci najlepiej. Dla mnie nie była to joga, ale fikcja. Zatracanie się w książkach, serialach, filmach – w milionie historii, które pomagały mi uciec od rzeczywistości. Nie uderzanie w worek – tylko znalezienie czasu dla siebie, z dala od hałasu, trywialnych rozmów, głupich ludzkich komentarzy. Nie prowadzenie kalendarza czy pamiętnika – ale oddawanie moich problemów bohaterom moich historii, spojrzenie na nie z perspektywy drugiej osoby. Nie medytacja – zwykłe odcięcie się na kilka minut, z słuchawkami w uszach, wyciszenie zewnętrznego świata. Moment na to, żeby pozbierać myśli. Wiem, że to zadziała. Teraz znam już siebie. Teraz wiem, czego potrzebuję. I powoli zaczynam znów lubić samą siebie. Spędzenie czasu w samotności – nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę. Teraz kiedy złe myśli wracają coraz rzadziej, samotność jest coraz lepszym miejscem.
            Czasami ludzie nie będą w stanie zrozumieć. Bo inni przeważnie widzą tylko powierzchnię, a nie to co jest pod nią. Pomyślą, że to niegrzeczne – przebywanie wśród ludzi z słuchawkami na uszach. Spojrzą na ciebie krzywo, kiedy powiesz, że potrzebujesz chwili dla siebie podczas wakacji. Powiedzą – przestań oglądać te głupie seriale, za dużo czytasz i później masz głupie myśli. Nie będą wiedzieć, że twoja własna forma terapii. I wiesz co? Nie wisisz im wytłumaczenia. Musisz zrobić to co musisz, żeby pomóc sobie. Czasami trzeba być egoistą. Czasami trzeba postawić siebie na pierwszym miejscu. Jedyne co jesteś komuś winien – to własne szczęście i spokój ducha. Jesteś to winien samemu sobie.
            Więc poznaj siebie. Znajdź swoje powody. Znajdź własne sposoby. Poznaj swoje lęki, poznaj swoje koszmary. Znajdź to, co sprawi, że będą bardziej znośne. Przestań patrzeć na to wszystko, jak na permanentny stan, od którego już nigdy się nie uwolnisz. Czasami lekarstwo leży właśnie w tobie.

środa, 22 maja 2019

Bezsenność

PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:
http://www.olowkiwewlosach.pl           


 Nie mogę spać. Moje oczy są ciężkie i suche i modlę się do Hypnosa, Piaskowego Dziadka, do kogokolwiek, kto gdzieś tam jest, żeby w końcu zabrali mnie na drugą stronę. Zaciskam powieki, ale nie chcą zostać zamknięte. Wydaje się to nienaturalne, zamykanie ich na siłę, bo sen i tak nie przychodzi. Wstaję. Piję herbatę ziołową. Szukam tabletek na uspokojenie. Krążę po salonie, wymachując rękami. Podskakuję rytmicznie na zimnych płytkach kuchennych. Kolejna herbata. Papieros. Piszę dwa zdania w zeszycie. Otwieram książkę i wpatruję się w strony, próbując nadać słowom sens. Zatrzaskuję ją, wzdychając. Kolejny papieros. Trzy kółka po salonie. Przesuwam palcami po białych klawiszach pianina, próbując przywołać w myślach jakąś melodię. Nie naciskam ich, jest środek nocy. Opieram czoło o zimne okno, wpatrując się w Księżyc. Głupie filmiki na youtube. Przegląd mediów społecznościowych. Powrót do łóżka. Gapienie się w sufit.
            Moje myśli nagle wracają do tego zdania, które powiedziałam milion lat temu, tego dnia, w którym za dużo wypiłam, do tej osoby, o której chcę zapomnieć, do najgorszej jesieni mojego życia, do mojego martwego psa, do krzyków mojego świętej pamięci dziadka, do historii wojennych babci, do setek spraw, o których wcale nie chcę teraz myśleć. Próbuję przypomnieć sobie wszystkie wiersze, które znam na pamięć. Powtarzam je w myślach jak mantrę, jeden po drugim, jak z automatu, bez uczuć, bez sensu. Opowiadam sobie historię, opowiadam sobie wiele rzeczy, żeby wyprzeć te myśli, zepchnąć je do tyłu głowy.
Sprawdzam telefon. Dwadzieścia pięć godzin od ostatniego snu. Pięć godzin snu do budzika. Liczę ile zostanie, jeśli zasnę za 20 minut. Powtarzam liczenie, kiedy już miną. Powtarzam, co jakiś czas w miarę jak wskazówki zegarka przesuwają się leniwie. Uderzam pięścią w ścianę. Krzyczę bezgłośnie w poduszkę.  Przewracam się z boku na bok. Patrzę jak słońce wschodzi. Myślę, jak przetrwać dzień bez spania. Stresuję się. Ile minie, zanim znów będę mogła spać spokojnie? Próbuję dojść do tego, dlaczego właściwie nie mogę zasnąć. Dlaczego czuję się przerażona, skoro nie ma się czego bać?
Przecieram oczy tak mocno, że zaczynają boleć. Wykopuję kołdrę z łóżka. Zwalam winę na pełnię księżyca. Dwie kawy. Licz godziny, nie myśli. Mówię sobie. Licz uśmiechy w autobusie. Nie myśl o spaniu. Nie myśl o tym, ile snu musi ci braknąć, zanim zaśniesz na stojąco. Nie myśl o tym, czy nie przegapisz za chwile przystanku. Nie myśl, nie myśl, nie myśl.
Czasem chciałabym nie myśleć. Czasem chciałabym po prostu spać. Ale bez myśli nie byłoby tych słów. Bez bezsenności nie byłoby myśli. Kiedyś przejdzie i znów zasnę, a sny przestaną być zbyt krótkie i zbyt wyraźne. A słowa zostaną już na zawsze.

sobota, 11 maja 2019

My, dzieci rozwodników


PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:
http://www.olowkiwewlosach.pl/          


 My, dzieci rozwodników, mamy w sercu dziurę. Czasem nie potrafimy ufać. Często czuliśmy się niechciani. Boimy się opuszczenia. Przewracamy oczami w kościołach słysząc „i nie opuszczę cię, aż do śmierci”. Mamy problemy, ze stworzeniem związków. Walczymy o relację z naszymi rodzicami. Wiemy, jak to jest, być gołębiem pocztowym pomiędzy mamą i tatą. Wiemy, jak to jest, dzielić swój czas na pół.
            My, dzieci rozwodników, wspinaliśmy się po górach złamanych obietnic. Bywaliśmy kartami przetargowymi. Krzyk to nasz drugi język. Na strychach chowamy pudełka pełne szczęśliwych, starych fotografii. Nosimy blizny dawnych lat – te widoczne i te niewidzialne. Na myśl o świętach skręca nam się żołądek. Mieszaliśmy miłość z nienawiścią. Znamy smak zawodu.
            My, dzieci rozwodników, wszyscy mamy inne historie. Słyszałam i widziałam ich wiele. Jedne bardziej okrutne. Jedne ze szczęśliwszym zakończeniem. Niektóre już prawie zapomniane. Inne zapuściły w pamięci grube korzenie. Ale ból, który czuliśmy, był podobny. Szliśmy równoległymi ścieżkami. I większość z nas przebacza. Większość przynajmniej próbuje. Bo koniec końców, to wciąż nasi rodzice. Te same matki i ojcowie, którzy czytali nam bajki na dobranoc. W niedziele zabierali nas na plac zabaw, odrabiali z nami lekcje w podstawówce. I my, jak zranione szczenięta, zawsze  będziemy chcieli ich miłości. Jeśli uda nam się zachować z nimi relację – w końcu wybaczymy wszystko. Jeśli nie, prześladować nas będą pytania – Dlaczego nas nie chcieli? Dlaczego im nie wystarczamy?
            My, dzieci rozwodników, często nie jesteśmy już dziećmi. Ale czasem wciąż śnimy o tych krzykach. Czasem nie wierzymy w żadne obietnice. Czasem doszukujemy się oszustwa we wszystkim dookoła. Czasem czujemy, że coś w środku nas już zawsze będzie złamane. Nie potrafimy zapomnieć scen z naszego dzieciństwa. Wszędzie gonią za nami duchy przeszłości. Boimy się powtórzyć błędy naszych rodziców. Ale ja wierzę, że jesteśmy w stanie się wyleczyć.
            My, dzieci rozwodników, jesteśmy teraz wszędzie. Z każdym dziesięcioleciem przybywa nas coraz więcej. Nie jesteśmy już marginesem. Nie jesteśmy już sensacją. Nie jesteśmy sami. Nie czujemy się wyobcowani. Możemy mówić o tym bez wstydu. I dzięki temu może łatwiej nam jest dać sobie szansę, by się naprawić.
My, dzieci rozwodników, nie możemy pozwolić, żeby nasz ból był umniejszany. Teraz wszyscy się rozwodzą. Inni mieli gorzej. Zobacz, tamtych bili w domu. Zobacz, ci nie mają co jeść. Nie ma gorszego, lepszego, mniejszego, większego, mocniejszego, bardziej tragicznego. Ból nie potrzebuje przymiotników. Sam ból wystarczy. Każdy z nas czuje go inaczej. Jedni go wykrzyczą. Inni wypłaczą. Jeszcze inni wchłoną go w siebie, zakopią w sercu tak głęboko, że być może nie ujawni się przez długie lata. Ale ten ból zawsze gdzieś pozostanie.
My, dzieci rozwodników, nie zbudujemy niczego na gruzach przeszłości. Musimy je uporządkować. Pozbierać to, co się da. Wyrzucić to, co nadaje się już tylko do śmieci. Pogodzić się z tym, że pewne rzeczy już nie wrócą. Zaakceptować układ, w jakim znaleźliśmy się nie z naszej winy. Odrzucić tych, którzy nie chcą nas kochać. Dać szansę tym, którzy chcą naprawić swoje błędy. I uczyć się ufać na nowo. Musimy pogodzić się z tym, że demony naszego dzieciństwa, mogą mieć wpływ na nasze dorosłe życie. Często nie będziemy mogli iść dalej dopóki się z nimi nie uporamy. Nie ma nic złego w pójściu do psychologa w wieku 30tu lat, żeby załatać dziury, które powstały kiedy mieliśmy lat 13. Nie ma niczego dziwnego, w rozpamiętywaniu przeszłości, nie ważne jak bardzo odległej.
My, dzieci rozwodników, być może sami będziemy kiedyś rozwodnikami. A może nie rozwiedziemy się nigdy, niezależnie jak źle potoczą się nasze małżeństwa, nie chcąc zrobić krzywdy swoim dzieciom. Może nigdy nie weźmiemy ślubu. Może zamiast popełniać błędy naszych rodziców, popełnimy jeszcze gorsze. Może kiedyś spojrzymy na to wszystko, z innej perspektywy. Może. Wiem jedno – ból zostanie. Wspomnienia zostaną. Ale to nie znaczy, że już zawsze będą nas definiować. Bo my, dzieci rozwodników, nie jesteśmy tylko dziećmi rozwodników. Mamy własną drogę. Nie jesteśmy schematem. Ich błędy, nie są naszymi. Musimy popełniać swoje, nie pozwalając by cień naszej przeszłości wiecznie wisiał nad nami. Nie przekuwajmy cierpienia w lekcję. Przekujmy je w doświadczenie.

czwartek, 18 kwietnia 2019

(Nie)komercyjny snobizm


 PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:

Nie lubię niekomercyjnych snobów. Ludzi, którzy uważają, że są ponad cały ten mainstream i komercję. Myślą, że są wyjątkowi i lepsi od innych dlatego, że nie słuchają popularnych zespołów, nie tykają książek z TOP 10 w empiku i nie oglądają filmów, na których w kinach są pełne sale. Nie zapoznają się z tego typu mediami i już. Nie spróbują przeczytać czy obejrzeć, bo z góry spisują je na straty - bo to komercha. Bo wszyscy o tym gadają. Bo ciągle leci w radiu. Bo wszędzie plakaty. Po prostu nie i tyle.
                Trochę żal mi takich ludzi. Myślę, że wiele ich omija. Bo komercyjne nie znaczy od razu złe. W końcu jest jakiś powód, dlaczego coś zyskuje popularność. Ja również często nie przepadam za komercyjną muzyką czy książkami - ale staram się posłuchać, przeczytać, zanim je ocenię. Pamiętam kiedy zaczął się boom na 50 Twarzy Greya - męczyłam się niemiłosiernie czytając tę książkę. Ale przeczytałam. Mogę ze spokojem powiedzieć - nie moja bajka. Ale jak tobie się podoba, proszę bardzo. Lub sobie to, na co masz ochotę ( o czym pisałam już w tekście Winni Upodobań).
Nie do końca rozumiem skąd wzięło się przekonanie, że każdy mainstream jest zły. Czy boimy się, że lubiąc to samo, co inni zatracimy swoją oryginalność? Często słyszę ludzi, mówiących z dumą, że lubili coś, zanim to stało się popularne. Czy osoba, która zaczęła słuchać danego wykonawcy, dopiero po tym, jak usłyszała go w radiu jest gorsza? Czy ktoś, kto odkrył daną serię książek, dopiero, kiedy pojawiła się ekranizacja, jest słabszym fanem? Nie ważne w jaki sposób zaczniemy coś lubić. Ważne, że w końcu to odkryliśmy. Ważne, że daje nam to szczęście.
W ostatnich tygodniach wróciła Gra o Tron. Przyznaję, serial jest wszędzie. Plakaty, recenzje odcinków, teorie, memy wysypujące się na tablicy facebooka i na Instagramie.  Jako fanka – nie narzekam. Ale widzę ludzi wylewających błoto na serial, bo wkurza ich ta otoczka medialna. Czy naprawdę stanie się wam taka wielka krzywda, że przewiniecie kilka memów, których nie rozumiecie? Wiem, że wielu z was nie obejrzało nawet jednego odcinka. Więc co daje wam prawo, żeby oceniać? Posługujmy się konstruktywnymi opiniami. Nie lubisz – powiedz dlaczego. Bo argument bo to jest wszędzie, nie jest żadnym argumentem. Jeśli nie twój klimat  - okej. Ale pozwól innym cieszyć się tym doświadczeniem. Pozwól nam przeżywać, analizować, wylewać z siebie emocje. Bo seriale, muzyka, książki, filmy – mają dać nam odskocznie od codzienności. Odskocznie, która wszystkim nam jest potrzebna. Nie ważne, czy jest to Gra o Tron czy francuskie filmy z lat 40tych. Nieważne, czy to Imagine Dragons, czy mało znany zespół ze Skandynawii.
Tak naprawdę unikając wszystkiego, co opatrzone zostało metką mainstream – robisz krzywdę tylko sobie. Nie czyni cię to oryginalnym czy wyjątkowym.  Pozwalasz, żeby dobre książki i seriale przemknęły ci koło nosa. Twój wybór. Nie będę cię do niczego zmuszać. Ale nie psuj innym zabawy. Nie odbieraj im tej niewielkiej dawki radości. Nie krytykuj tego, czego zwyczajnie nie znasz. Świat byłby dużo piękniejszy, gdybyśmy przestali oceniać siebie przez pryzmat naszych gustów. Róbmy swoje. Oglądajmy to, co chcemy oglądać. I przestańmy z tym kultem nienawiści do mainstreamu. Nie uwolnimy się od niego. Komercja zawsze była i zawsze będzie. Możemy od niej uciekać, ile chcemy, ale w końcu zawsze nas dopadnie. Czemu by się z nią nie zapoznać? Może jeśli damy jej szansę, odkryjemy coś, co ulepszy nam trochę codzienność. I nie będzie w tym niczego złego.

środa, 3 kwietnia 2019

No, bądź mądrzejsza!

PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:

Nie kłóć się, bądź mądrzejsza. No, wyciągnij rękę. Daj sobie spokój, nie ma co. Odpuść. Ustąp. Bądź mądrzejsza! No, bądź mądrzejsza!. Znacie to? Zaczyna się w dzieciństwie, przy walkach o zabawki. Wtedy to może jeszcze przejdzie, bo czasem to najlepszy sposób na rozejm. Chociaż mam wrażenie, że to właśnie przez słyszenie tego w kółko za dzieciaka, z automatu przenosimy to do dorosłego życia. A wydaje mi się, że niekoniecznie powinniśmy stosować się do tej zasady.
Bo czy "będąc mądrzejszym" nie uczymy drugiego człowieka, że robi dobrze? Czy odpuszczając, nie pozwalamy mu myśleć, że jednak ma racje? Czy będąc mądrzejszym, nie okradamy go z jakiejś lekcji życiowej? My jesteśmy mądrzejsi, więc - analogicznie - ich czynimy głupszymi. Nie lepiej byłoby nauczyć czegoś drugą osobę?
W moim przypadku to "bądź mądrzejsza" to zmora mojego życia. Pal sześć dzieciństwo, młodsze kuzynki czy dzieci na placach zabaw. Przez lata kazano mi być mądrzejszą w relacjach ze starszymi. Od partnerki ojca starszej ode mnie o 25 lat. Od rodziny, która powinna była mnie chronić, uczyć i wychowywać. Może źle robią, ale nie rób już afery, bo po co? Może nie maja racji, ale bądź mądrzejsza. Bo starsi. Bo szacunek. Bo tak wypada. Bo po co się kłócić. Bo lepiej przemilczeć. Lepiej ignorować. Udawać, że nic się nie stało. No po prostu - być mądrzejszym.
To bycie mądrzejszą zaprowadziło mnie donikąd. Nie uświadamiałam nikomu, że robi źle. Często gryzłam się w język, bo mama mówiła, że to nie ma sensu.  Nie pokazywałam, że coś jest nie tak. A kiedy nawet udawało mi się to zrobić, spotykałam się z ignorancją i cała sprawa szybko szła w zapomnienie. Więc ocierałam łzy i też zapominałam. Byłam mądrzejsza. Po co wypluwać z siebie setki słów, z których połowa i tak nie dociera? Po co kłócić się z kimś, kto i tak nie zrozumie?  Ale sęk w tym, ze powinien zrozumieć. Chociaż spróbować. Wszyscy mamy prawo zostać wysłuchani. Niezależnie od wieku, wykształcenia, płci, koloru skóry, orientacji. Wszyscy mamy prawo do zrozumienia. Będąc „mądrzejszym”, odpuszczając, nie reagując na własną krzywdę, sami odbieramy sobie to prawo.
Dlatego przestańmy już, z tym byciem mądrzejszym. Bo tak naprawdę wcale nie jesteśmy wtedy górą. Jeśli jesteś pewien swojej racji, dlaczego masz odpuścić? Jeżeli wiesz, ze ktoś robi źle, dlaczego masz na to pozwolić? Nie uczmy innych, ze wszystko im wolno, tylko dlatego, ze boimy się konfrontacji czy kłótni. Nie pozwólmy im mówić wszystkiego, co im ślina na język przyniesie, tylko dlatego, że krzyczą głośniej od nas. Nie pokazujmy, że mogą ignorować nasze uczucia, tylko dlatego, że świetnie wychodzi im wzruszanie ramionami. Nie dajmy wprowadzić się w fałszywe poczucie, że nasz młodszy wiek automatycznie sprawia, że nie mamy racji.
Zacznijmy uczyć się od siebie. Słuchajmy się nawzajem. Tłumaczmy sobie nasze spojrzenie na świat.  Kłóćmy się mądrze. W starciu z wartościową osobą, nie musisz odpuszczać. Możesz wymienić swoje racje bez rozlewu krwi. Możesz rozmawiać, szanując zdanie innych. Nie musisz milczeć. Nie musisz przerywać. Nie musisz być mądrzejszym. A jeśli osoba na przeciw ciebie nie ma zamiaru cię wysłuchać i wciąż upiera się przy swoim – może lepiej odpuścić sobie taką znajomość. Ja byłam kiedyś mądrzejsza, ale teraz jestem po prostu zmęczona. Bo ile razy można zagryzać język do krwi? Ile razy można przełykać łzy i udawać, że nic się nie stało? Ile razy można odpuszczać? Limit się wyczerpał. Zaczynam walczyć o swoje. Teraz będę już głupsza. Może życie będzie łatwiejsze?