czwartek, 18 kwietnia 2019

(Nie)komercyjny snobizm


 PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:

Nie lubię niekomercyjnych snobów. Ludzi, którzy uważają, że są ponad cały ten mainstream i komercję. Myślą, że są wyjątkowi i lepsi od innych dlatego, że nie słuchają popularnych zespołów, nie tykają książek z TOP 10 w empiku i nie oglądają filmów, na których w kinach są pełne sale. Nie zapoznają się z tego typu mediami i już. Nie spróbują przeczytać czy obejrzeć, bo z góry spisują je na straty - bo to komercha. Bo wszyscy o tym gadają. Bo ciągle leci w radiu. Bo wszędzie plakaty. Po prostu nie i tyle.
                Trochę żal mi takich ludzi. Myślę, że wiele ich omija. Bo komercyjne nie znaczy od razu złe. W końcu jest jakiś powód, dlaczego coś zyskuje popularność. Ja również często nie przepadam za komercyjną muzyką czy książkami - ale staram się posłuchać, przeczytać, zanim je ocenię. Pamiętam kiedy zaczął się boom na 50 Twarzy Greya - męczyłam się niemiłosiernie czytając tę książkę. Ale przeczytałam. Mogę ze spokojem powiedzieć - nie moja bajka. Ale jak tobie się podoba, proszę bardzo. Lub sobie to, na co masz ochotę ( o czym pisałam już w tekście Winni Upodobań).
Nie do końca rozumiem skąd wzięło się przekonanie, że każdy mainstream jest zły. Czy boimy się, że lubiąc to samo, co inni zatracimy swoją oryginalność? Często słyszę ludzi, mówiących z dumą, że lubili coś, zanim to stało się popularne. Czy osoba, która zaczęła słuchać danego wykonawcy, dopiero po tym, jak usłyszała go w radiu jest gorsza? Czy ktoś, kto odkrył daną serię książek, dopiero, kiedy pojawiła się ekranizacja, jest słabszym fanem? Nie ważne w jaki sposób zaczniemy coś lubić. Ważne, że w końcu to odkryliśmy. Ważne, że daje nam to szczęście.
W ostatnich tygodniach wróciła Gra o Tron. Przyznaję, serial jest wszędzie. Plakaty, recenzje odcinków, teorie, memy wysypujące się na tablicy facebooka i na Instagramie.  Jako fanka – nie narzekam. Ale widzę ludzi wylewających błoto na serial, bo wkurza ich ta otoczka medialna. Czy naprawdę stanie się wam taka wielka krzywda, że przewiniecie kilka memów, których nie rozumiecie? Wiem, że wielu z was nie obejrzało nawet jednego odcinka. Więc co daje wam prawo, żeby oceniać? Posługujmy się konstruktywnymi opiniami. Nie lubisz – powiedz dlaczego. Bo argument bo to jest wszędzie, nie jest żadnym argumentem. Jeśli nie twój klimat  - okej. Ale pozwól innym cieszyć się tym doświadczeniem. Pozwól nam przeżywać, analizować, wylewać z siebie emocje. Bo seriale, muzyka, książki, filmy – mają dać nam odskocznie od codzienności. Odskocznie, która wszystkim nam jest potrzebna. Nie ważne, czy jest to Gra o Tron czy francuskie filmy z lat 40tych. Nieważne, czy to Imagine Dragons, czy mało znany zespół ze Skandynawii.
Tak naprawdę unikając wszystkiego, co opatrzone zostało metką mainstream – robisz krzywdę tylko sobie. Nie czyni cię to oryginalnym czy wyjątkowym.  Pozwalasz, żeby dobre książki i seriale przemknęły ci koło nosa. Twój wybór. Nie będę cię do niczego zmuszać. Ale nie psuj innym zabawy. Nie odbieraj im tej niewielkiej dawki radości. Nie krytykuj tego, czego zwyczajnie nie znasz. Świat byłby dużo piękniejszy, gdybyśmy przestali oceniać siebie przez pryzmat naszych gustów. Róbmy swoje. Oglądajmy to, co chcemy oglądać. I przestańmy z tym kultem nienawiści do mainstreamu. Nie uwolnimy się od niego. Komercja zawsze była i zawsze będzie. Możemy od niej uciekać, ile chcemy, ale w końcu zawsze nas dopadnie. Czemu by się z nią nie zapoznać? Może jeśli damy jej szansę, odkryjemy coś, co ulepszy nam trochę codzienność. I nie będzie w tym niczego złego.

środa, 3 kwietnia 2019

No, bądź mądrzejsza!

PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:

Nie kłóć się, bądź mądrzejsza. No, wyciągnij rękę. Daj sobie spokój, nie ma co. Odpuść. Ustąp. Bądź mądrzejsza! No, bądź mądrzejsza!. Znacie to? Zaczyna się w dzieciństwie, przy walkach o zabawki. Wtedy to może jeszcze przejdzie, bo czasem to najlepszy sposób na rozejm. Chociaż mam wrażenie, że to właśnie przez słyszenie tego w kółko za dzieciaka, z automatu przenosimy to do dorosłego życia. A wydaje mi się, że niekoniecznie powinniśmy stosować się do tej zasady.
Bo czy "będąc mądrzejszym" nie uczymy drugiego człowieka, że robi dobrze? Czy odpuszczając, nie pozwalamy mu myśleć, że jednak ma racje? Czy będąc mądrzejszym, nie okradamy go z jakiejś lekcji życiowej? My jesteśmy mądrzejsi, więc - analogicznie - ich czynimy głupszymi. Nie lepiej byłoby nauczyć czegoś drugą osobę?
W moim przypadku to "bądź mądrzejsza" to zmora mojego życia. Pal sześć dzieciństwo, młodsze kuzynki czy dzieci na placach zabaw. Przez lata kazano mi być mądrzejszą w relacjach ze starszymi. Od partnerki ojca starszej ode mnie o 25 lat. Od rodziny, która powinna była mnie chronić, uczyć i wychowywać. Może źle robią, ale nie rób już afery, bo po co? Może nie maja racji, ale bądź mądrzejsza. Bo starsi. Bo szacunek. Bo tak wypada. Bo po co się kłócić. Bo lepiej przemilczeć. Lepiej ignorować. Udawać, że nic się nie stało. No po prostu - być mądrzejszym.
To bycie mądrzejszą zaprowadziło mnie donikąd. Nie uświadamiałam nikomu, że robi źle. Często gryzłam się w język, bo mama mówiła, że to nie ma sensu.  Nie pokazywałam, że coś jest nie tak. A kiedy nawet udawało mi się to zrobić, spotykałam się z ignorancją i cała sprawa szybko szła w zapomnienie. Więc ocierałam łzy i też zapominałam. Byłam mądrzejsza. Po co wypluwać z siebie setki słów, z których połowa i tak nie dociera? Po co kłócić się z kimś, kto i tak nie zrozumie?  Ale sęk w tym, ze powinien zrozumieć. Chociaż spróbować. Wszyscy mamy prawo zostać wysłuchani. Niezależnie od wieku, wykształcenia, płci, koloru skóry, orientacji. Wszyscy mamy prawo do zrozumienia. Będąc „mądrzejszym”, odpuszczając, nie reagując na własną krzywdę, sami odbieramy sobie to prawo.
Dlatego przestańmy już, z tym byciem mądrzejszym. Bo tak naprawdę wcale nie jesteśmy wtedy górą. Jeśli jesteś pewien swojej racji, dlaczego masz odpuścić? Jeżeli wiesz, ze ktoś robi źle, dlaczego masz na to pozwolić? Nie uczmy innych, ze wszystko im wolno, tylko dlatego, ze boimy się konfrontacji czy kłótni. Nie pozwólmy im mówić wszystkiego, co im ślina na język przyniesie, tylko dlatego, że krzyczą głośniej od nas. Nie pokazujmy, że mogą ignorować nasze uczucia, tylko dlatego, że świetnie wychodzi im wzruszanie ramionami. Nie dajmy wprowadzić się w fałszywe poczucie, że nasz młodszy wiek automatycznie sprawia, że nie mamy racji.
Zacznijmy uczyć się od siebie. Słuchajmy się nawzajem. Tłumaczmy sobie nasze spojrzenie na świat.  Kłóćmy się mądrze. W starciu z wartościową osobą, nie musisz odpuszczać. Możesz wymienić swoje racje bez rozlewu krwi. Możesz rozmawiać, szanując zdanie innych. Nie musisz milczeć. Nie musisz przerywać. Nie musisz być mądrzejszym. A jeśli osoba na przeciw ciebie nie ma zamiaru cię wysłuchać i wciąż upiera się przy swoim – może lepiej odpuścić sobie taką znajomość. Ja byłam kiedyś mądrzejsza, ale teraz jestem po prostu zmęczona. Bo ile razy można zagryzać język do krwi? Ile razy można przełykać łzy i udawać, że nic się nie stało? Ile razy można odpuszczać? Limit się wyczerpał. Zaczynam walczyć o swoje. Teraz będę już głupsza. Może życie będzie łatwiejsze?

piątek, 29 marca 2019

Gdyby nie nauczyciele...

            W mediach burza o nauczycieli. Poczytałam komentarze, przejrzałam wpisy. Różni ludzie się wypowiadają. Matki, ojcowie, uczniowie. Wielu nie popiera. Czytam te żale, obelgi i oskarżenia i trochę mi przykro. Bo nauczyciele to przecież ważna część naszego życia. Od liceum minęło mi już kilka lat, ale ja wciąż wspominam grono pedagogiczne. Jednych z uśmiechem, innych z niechęcią – ale to wciąż ludzie, których pamiętać będę na zawsze. Kiedy czytam wpisy obecnych uczniów i cofam się do czasów nastoletnich, muszę przyznać: możliwe, że kilka lat temu też wypowiedziałabym się o nauczycielach w sposób nieprzyjemny. Ale teraz już nie.
Przez lata spędzamy około 1/3 naszego czasu w szkole. Każdy z nas inaczej odnajduje się w tym środowisku. Nieraz zdarza się, że jest toksyczne, czasem to najlepsze lata naszego życia. Wspomnienia tych czasów to rzecz jasna przede wszystkim rówieśnicy. Ale nauczyciele są tuż za nimi. To oni, zaraz po rodzicach, kształtują często nasze spojrzenie na świat. Niektórzy nauczą nas dużo więcej, niż równania czy szerokości geograficzne. My, podczas każdego szczebla edukacji, musimy zapamiętać dziesięciu, góra piętnastu z nich. Oni muszą pamiętać nas wszystkich. I o dziwo, pamiętają! Nie przypominam sobie przypadku, kiedy któryś nauczyciel nie kojarzył czyjegoś imienia. Podchodzą do nas indywidualnie, przez spędzone z nami w klasie miesiące powoli nas poznają.  Zachęcają nas do rozwoju. Popychają do przodu, kiedy tego potrzebujemy. Strofują, kiedy trzeba nami trochę wstrząsnąć.
Poznałam nauczycieli różnego rodzaju. Byli ci pełni wsparcia, w pełni poświęceni swojej pracy. Byli tacy, którzy wiecznie pluli jadem, zachowując się jakby w szkole znaleźli się za karę. Byli „koledzy”, wyluzowani, otwarci, zachowujący się jak nasi dobrzy znajomi. Inni bywali surowi, zimni i niedostępni, niemalże mechaniczni, pozbawieni uczuć. Byli okrutni i pobłażliwi. Ci, których kochaliśmy i ci, których się baliśmy. I moi ulubieni – nauczyciele przedmiotów, z których nie szło mi za dobrze, ale mimo to na ich lekcje zawsze chodziłam z chęcią.
Nie wiem czy pisałabym dziś ten tekst, gdyby nie oni. Oczywiście rodzice zawsze zachęcali mnie do rozwoju moich pasji, kupowali mi setki książek, które połykałam wieczorami. Ale rodzice to rodzice. Niezależnie, jak coś zrobimy, dla nich zawsze będzie to wspaniałe. To opinia nauczycieli polskiego bardziej popchnęła mnie w stronę pisania. Do polonistów zawsze miałam szczęście. Już w podstawówce, po komentarzu mojego nauczyciela urodziła się we mnie pasja do pisania. W gimnazjum znowu trafiłam na nauczycielkę, która chwaliła moje prace. Później, kiedy byłam już w liceum, wszystko zaczęło się bardziej rozkręcać. Nie dość, że miałam kreatywną klasę, trafiło nam się też grono pedagogiczne, które zachęcało nas do rozwoju. Kręciliśmy filmy, jeździliśmy na festiwale, braliśmy udział w każdym wydarzeniu szkolnym. Nauczyciele poświęcali swój prywatny czas, żebyśmy my mogli realizować własne pasje. Byli otwarci na nasze pomysły, nie traktowali nas z góry ani z dystansem.
Wiadomo, że w każdej szkolnej karierze znajdzie się jakiś zły pedagog. Miewałam nauczycieli, którzy nie dość, że nic mnie nie nauczyli, to jeszcze dokładali stresu. Zdarzało mi się chodzić na lekcje niemieckiego z bólem żołądka. Pamiętam, jak germanistka powiedziała mi na początku roku z góry, że nie dopuści mnie do matury i już. Pamiętam walki stoczone z naszym chemikiem, o którym do dzisiaj krążą legendy. Pamiętam potyczki słowne z katechetką w gimnazjum. Nauczycielkę angielskiego, która uparcie wystawiała mi same tróje, chociaż wiedziała, że potrafię na piątkę. Nie wspominam ich dobrze. Ale wspominam. I myślę sobie, że każdy kij ma przecież dwa końce.
            W tym roku dotarła do mnie informacja o śmierci mojej matematyczki z liceum. Zaczęłam sobie wspominać te wszystkie sytuacje, kiedy przeklinałam ją i jej istnienie. W naszej klasie zawsze mówiło się o niej źle, bo byliśmy humanistami, z matmy sypały się same jedynki. Teraz, jak o tym myślę, zastanawiam się, co ona właściwie miała zrobić? Dawać nam lepsze oceny za nic? Przecież matematyka jest dość klarownym przedmiotem – albo wychodzi ci dobry wynik, albo nie. Nie da się naciągnąć oceny. A że u nas rzadko pojawiały się prawidłowe rozwiązania, nienawidziliśmy jej żarliwie. I matematyki i matematyczki. Mimo to, jest jedną z nauczycielek, która zapadła mi w pamięć najbardziej.  Kiedy dowiedziałam się, że odeszła zaczęłam żałować tych wszystkich słów jadu, jakie wyrzucałam z siebie w liceum. Przyznaję – była ostra. Ale organizowała dodatkowe lekcje, dla tych, którzy nie nadążali. Dało się z nią dogadać w sprawie poprawek. Jak teraz pomyślę sobie, że za te dodatkowe godziny, za te wszystkie popołudnia, które musiała poświęcić na sprawdzanie naszych nędznych kartkówek, dostawała od nas tylko niechęć, skręca mnie w żołądku. A maturę z matmy zdałam przecież koniec końców, jak na humanistkę, całkiem nieźle.
            Dlatego niezależnie jaką macie postawę wobec protestu nauczycieli – zachowajcie szacunek. Gdyby nie oni, może bylibyście dziś w innym miejscu. Nie czytalibyście tego tekstu, gdybyście nie chodzili do szkoły. Praca z ludźmi zawsze jest trudna. Praca z dziećmi i nastolatkami tym bardziej. Nie potrafię nawet wyobrazić sobie ile cierpliwości wymaga ten zawód. Ile stresu się z nim wiąże. Podziwiam nauczycieli. Popieram ich strajk. Bo postanowiłam definiować ten zawód przez pryzmat tych, którzy zmienili mnie na lepsze. Przez pryzmat tych, którzy pomogli mi się rozwinąć. Nie chcę myśleć o tych, którzy mnie zawiedli. Bo przecież nie potępiłabym wszystkich hydraulików tylko dlatego, że jeden spartaczył robotę i nie był zbyt miły. W każdym zawodzie są ci, którzy wykonują go wspaniale i ci, którzy kompletnie się do tego nie nadają. Nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka. Jeśli nie popieracie strajku – nie mam zamiaru mówić wam, żebyście zmienili zdanie. Każdy ma prawo do własnej opinii. Ale zachowajmy szacunek. Nie obrzucajmy ich obelgami w komentarzach. Darmozjady. Nic nie robią. Jak nie chcą siedzieć po godzinach, to niech tyle nie zadają. Uszanujmy ich pracę. Nie znamy jej trudów od kuchni. Nie byliśmy na ich miejscu. Bądźmy wdzięczni, za to co robią dla społeczeństwa. Wyobraźmy sobie świat bez nich. Jak wyglądałaby przyszłość naszych dzieci, gdyby ich zabrakło? Nie oceniajmy. Okażmy im trochę wdzięczności. I pamiętajmy, że każdy może walczyć o swoje prawa. Popieram nauczycieli. Robię to dla tych, dzięki którym, piszę dziś te słowa.  
         

środa, 20 marca 2019

Pozostałości

PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:

To dziwne uczucie, kiedy ktoś nagle znika z twojego życia. Nie mówię o śmierci. Chodzi mi o tych wszystkich ludzi, którzy przez chwilę byli postacią w naszym scenariuszu. Którzy przez chwilę grali jedną z głównych ról, później przejęli drugoplanową i z czasem powoli zaczynali wtapiać się w tło. Mówię o tych, których uważaliśmy kiedyś za przyjaciół czy dobrych znajomych, ale z czasem życie zweryfikowało tę relację. O tych z którymi pokłóciliśmy się na amen, lub zwyczajnie przestawaliśmy nadawać na tych samych falach. Do których byliśmy kiedyś tak bardzo przywiązani, że opowiadaliśmy im o swoich lękach, dzieliliśmy się z nimi naszymi dobrymi nowinami. Których ból czuliśmy czasem jak swój własny. O tych, którzy w pewnym momencie zamilkli, przestali odpisywać na wiadomości, albo to my przestaliśmy odbierać od nich telefony. Którzy czasem zwyczajnie już nas nie chcieli, nie umieli zadbać o przyjaźń, przestaliśmy ich obchodzić – albo odwrotnie. To my przestaliśmy ich potrzebować. O tych których twarze wciąż przewijają się na starych zdjęciach w pudełku po butach.
            Wciąż pamiętam o nich tak wiele. Pamiętam niezliczone daty urodzin. Obrazy wydarzeń, które przeżywaliśmy razem. Pamiętam ulubione filmy, piosenki do których śpiewali na cały głos i aktorów na widok których ich serce biło szybciej. Pamiętam bluzki, zakładane na najlepsze imprezy, alkohol, który wzbudzał w nich odrazę. Ulubioną markę papierosów. Historie o tym, jak podli byli niektórzy ojcowie. Głos ich matek. Imiona rodzeństwa. Jak pili swoją poranną kawę. Jak reagowali w stresujących sytuacjach. Ich ulubione powiedzenia. To, co ich irytowało. To, w jaki sposób się śmiali.
            Wy też pamiętacie? Czy wam też zostają w głowie te wszystkie informacje, z którymi nie wiadomo co zrobić? Pozostałość po tych których znaliśmy. Zastanawiam się, czy nie jest to zwykłe zboczenie pisarskie. Mój umysł tworzący kolekcję postaci, zdarzeń, dat, ulubionych kolorów, gestów, głosów, twarzy. Lubię pamiętać te dobre. Wielu z nich wspominam z uśmiechem. Ale jak pozbyć się tych wspomnień, których już nie chcę? Jak wyrzucić z głowy tych, których chciałabym wymazać na zawsze? Przecież zdejmuję ich zdjęcia ze ścian. Zaklejam ich twarze. Ale z pamięcią nie jest już tak łatwo. Ona nie chce współpracować. Może coś w środku zmusza mnie do pamiętania o nich, dlatego że powinnam. Wszyscy ci, których słowa wciąż słyszę czasem w głowie, których dostrzegam w nieznajomych na ulicy, byli w końcu częścią mojej historii. Nieważne czy złą czy dobrą. Bo skoro zabrałam coś ze zgliszcz naszej znajomości, musiało to mieć jakieś znaczenie.
            Jeśli to czytasz, mój dawny znajomy, dawna przyjaciółko, kolego z klasy czy nawet była nauczycielko – być może wciąż o tobie myślę. Może przypomina mi o tobie głos w radiu. Plakat filmowy. Witryna sklepowa. Postać w filmie. Nieznajomy w tramwaju. Książka. Może myślę o tobie jedząc niektóre dania. Może oglądając serial, który też lubiłaś. Może pewne miejsca kojarzą mi się z tobą. Może uśmiecham się na twoje wspomnienie. Może się krzywię. Może odnajdziesz się kiedyś w innych spisanych przeze mnie słowach. Chyba już na zawsze będziesz maleńką częścią mnie. Czasem pewnie nawet zastanawiam się, co tam u ciebie. I pamiętam. Zawsze pamiętam.

niedziela, 17 marca 2019

Pijawki

PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:

 Poznałam w życiu kilka pijawek. Nie takich z królestwa zwierząt, małych, czarnych wysysaczy  krwi. Poznałam pijawki naszego własnego gatunku, które zamiast krwi wysysają z innych życie. Słowo po słowie. Czyn po czynie. Jestem pewna, że znacie jakąś pijawkę. Może ukrywa się pod pseudonimem znajomego albo przyjaciela. Może jesteście z jedną w związku. Może macie taką w rodzinie.
            Problem z pijawkami jest taki, że świetnie się maskują. Z reguły są inteligentne, lub po prostu świetne w czytaniu ludzi. Szybko poznają nasze słabości, wyciągają z nas informacje na nasz temat, które później używają przeciw nam. Czasem są to mistrzowie manipulacji, którzy nie boją się posunąć do ekstremalnych czynów, tylko po to, żeby zatrzymać nas przy sobie. Wiedzą, jak wlać w nas swoją truciznę. Wiedzą, jak pociągać za sznurki. Wiedzą, jak dostać wszystko, to co chcą.
            Pijawki dzwonią do ciebie, kiedy coś potrzebują. Małe pijaweczki potrzebują tylko pożyczyć książkę czy coś skserować. Większe chcą pieniędzy. Te najgorsze z kolei odzywają się tylko, kiedy w ich życiu coś idzie nie tak. Zrzucają na ciebie ciężar swoich problemów. Kiedy nie jesteś im już potrzebny, wyrzucają cię ze swojego jeziora. Utopią cię w nim znowu, kiedy znów będą cię potrzebować. Nie dają za wiele w zamian. Często nawet nic. Ale mimo wszystko trudno jest uwolnić się z ich przyssawek.
            Przyjaźniłam się z pijawką. Kilka lat zajęło mi odkrycie, że należy do tego gatunku.  Pijawka porzuciła mnie kiedyś bez słowa. Odezwała się dopiero, kiedy w jej stawie zrobiło ciemno i zimno. Kiedy potrzebowała uwagi i rozrywki. Opowiadała mi o tym, jak jej ciężko, bo w wodzie brakuje ostatnio ryb. O tym, jak nie ma ochoty już dalej w nim żyć. Wlewała mi w myśli swoje historie i problemy. Chciała, żebym pomogła jej je rozwiązać. Wybaczyłam pijawce. Smuciłam się razem z nią. Martwiłam się o nią. Sprawdzałam, czy niczego jej nie brakuje. Zaglądałam do jej stawu. Wierzyłam w jej słowa i obietnice. Ale w końcu pijawka przestała mnie potrzebować. Zamilkła. Tym razem nie pozwolę jej odezwać się ponownie.
Całe szczęście nigdy nie związałam się z jedną z nich. Ale od lat obserwuje związek bliskiej mi osoby z wysysaczem życia. Czasem słyszę też o tego typu pijawkach od znajomych. Powoli zaczynam rozróżniać już ich gatunki. Są pijawki grożące – takie, które, kiedy coś nie idzie po ich myśli przekraczają wszelkie granice. Grożą odejściem czy nawet samobójstwem. Pijawki dołujące – które wmawiają ci, że bez nich jesteś niczym. Pijawki-wymówki – które na wszystkie swoje czyny mają jakieś usprawiedliwienie. Pijawki-izolatki – które odciągają cię od wszystkiego co kochasz, chcąc żeby cała uwaga skupiała się na nich.  Pijawki męczenne – które zawsze odwrócą kota ogonem tak, żeby to one wyszły na te poszkodowane. Czasem te gatunki łączą się ze sobą. Wszystkie z nich więcej biorą, niż dają. Patrzą tylko na własne uczucia. Rzadko przepraszają. Wiedzą, jak wywołać w nas poczucie winy. Czasem zastanawiam się, czy pijawki nie mają jakiegoś defektu emocjonalnego.
Najgorsze jest to, że pijawki często pozostają bezkarne. Potrafią wyssać z nas wszystko aż do cna i zostawić bez zmrużenia oka. Nasz ból spływa po ich lepkich ciałach. Są głuche na nasze słowa.  Bez emocji odpływają w drugą stronę. Później z łatwością znajdują nowe ofiary. Chcą tylko przetrwać. Znajdują nowe źródło życia – nową krew do wyssania.
Wystrzegajmy się pijawek. Nauczmy się je rozpoznawać. Nie pozwólmy im odbierać nam czasu i myśli. Nie pozwólmy im zabierać nam życia. Nie pozwólmy im doprowadzać nas do granic wytrzymałości. Dbajmy o samych siebie. Posypmy pijawkę solą. Oderwijmy ją od skóry. Niech wraca do swojego stawu. I zapomnijmy gdzie on się znajduje. Nie warto pamiętać.

piątek, 15 marca 2019

Winni upodobań


PRZECZYTAJ NA NOWEJ STRONIE:

Ostatnio często czuję, że wciąż muszę przepraszać za to co lubię lub nie. Nie cierpię, kiedy mówię coś w stylu „Lubię Taylor Swift” albo „Myślę, że rodzina Kardashianów jest zabawna” a mój rozmówca kręci nosem i patrzy na mnie, jakbym była niespełna rozumu. Ostatnio, kiedy to się zdarzyło, zaczęłam się nad tym zastanawiać i zdałam sobie sprawę, że często robię to samo. Zdarzało mi się oceniać innych, dlatego, że lubią techno, bo uważam, że w tej muzyce nie ma ani grosza duszy. Przewracałam oczami, kiedy słyszałam o FAME MMA, bo nie uważam tego za warty uwagi rodzaj rozrywki. Powstrzymywałam się od komentarza, słysząc jak ktoś wychwala 50 twarzy Greya. Ale kim ja jestem, żeby mówić ludziom, co powinni lubić, czego słuchać, co oglądać i czytać?
            W języku angielskim mówią na to guilty pleasure. Grzeszna przyjemność. Choć w dosłownym tłumaczeniu jest to przyjemność, której jesteśmy winni. Dziwne wyrażenie, bo niby dlaczego powinniśmy czuć się winni z powodu naszych upodobań? Dlaczego mamy wstydzić się czegoś, co daje nam radość? Dlaczego mamy wyrzekać się tego, co pomaga nam oderwać się od codzienności? Nie oceniajmy innych z powodu tego, co lubią. Nasze słowa mogą im to odebrać.
            Pamiętam, że kiedy miałam 12 czy 13 lat kochałam czytać wszelakie powieści dla nastolatek. Były wakacje i właśnie dorwałam nową część „Pamiętników Księżniczki” jednej z moich ulubionych wówczas serii. Czytałam wtedy znacznie więcej niż teraz, łykałam po kilka książek w tygodniu. Nad morzem był z nami wtedy znajomy. Wykształcony facet, lekarz, którego słowa zawsze brzmiały mądrze i górnolotnie. Spojrzał na kolorową okładkę mojej książki i powiedział, że nie mogę nazwać się fanką literatury, skoro czytam taką szmirę. Stwierdził, że powinnam przerzucić się na Paulo Coelho. Wzięłam to do siebie. Pomyślałam – jest starszy, mądrzejszy, bardziej doświadczony. Musi mieć rację. W przeciągu następnego miesiąca przeczytałam Alchemika, Bridę, Weronika postanawia umrzeć i Jedenaście minut. Jeśli nie czytaliście tej ostatniej, powiem tylko, że opowiada o losach prostytutki w Genewie. Nie zbyt odpowiednia lektura dla trzynastolatki. Ale przebrnęłam przez wszystkie te książki z determinacją, chociaż nudziły mnie okropnie i nie rozumiałam połowy tekstu. Później przez długi czas czułam, jakbym nie mogła powiedzieć złego słowa na ich temat, bo ktoś, kto mógłby zostać uznany za autorytet, powiedział mi, że są świetne. Nie obnosiłam się już z tym, że czytam przeróżne serie dla nastolatek. Zaczęłam czuć się winna, że je lubię. Z całym szacunkiem do fanów Paulo Coelho, ja z tych książek nie wyniosłam za wiele (a próbowałam czytać je ponownie, gdy byłam już dorosła). Za to Pamiętniki Księżniczki dały mi wtedy bardzo dużo – pomagały mi dorastać i zrozumieć tematy, których nie poruszano w szkołach, bo dziesięć lat temu zajęcia z edukacji seksualnej były totalną abstrakcją. Poza tym, pozwalały mi uciec od moich problemów, poradzić sobie z tym co działo się w domu, czy w szkole.
            Zastanówcie się jak często zaczynacie zdanie od: Wiem, że to głupie ale lubię… Może to dziwne, ale mi podoba się… Słucham tego tylko dla beki… Oglądałam przez przypadek… Czasem jeszcze zanim coś powiemy, już czujemy potrzebę usprawiedliwienia się. Tylko dlatego, że boimy się, że ktoś nas osądzi. A później sami też osądzamy innych, często nieświadomie. Teraz, kiedy przypominam sobie historię o nieszczęsnym Paulo Coelho, zdaję sobie sprawę, że może faktycznie naszym głupim komentarzem możemy popsuć komuś zabawę. Zwłaszcza dziecku, które widzi w nas autorytet. Pozwólmy im odkrywać świat po swojemu. Nie zabierajmy innym źródła radości.
            Dlatego, jeśli czujesz się winny swoich upodobań – przestań. Powiedz to, bez żadnych ale, bez usprawiedliwień i wyjaśnień. Tak, lubię Britney Spears. Czasem do obiadu oglądam stare odcinki Lizzie McGuire czy Odlotowych Agentek – mimo, że dawno powinnam z nich wyrosnąć. Uwielbiam powieści Johna Greena. Nie znoszę Paulo Coelho. Cieszę się jak dziecko, kiedy w antykwariacie dorwę stare komiksy Kaczora Donalda. I czasem zamiast porządnego serialu czy filmu dokumentalnego, włączę sobie Z kamerą u Kardashianów. Nie zawsze musimy czytać i oglądać, to co świat uważa za wybitne i warte uwagi. Dopóki uważasz, że jest to warte twojej uwagi i czyni cię to szczęśliwym – opinia świata nie jest już ważna.  
            Szanujmy siebie nawzajem. Cieszmy się z naszej różnorodności. Nie chciałabym przyjaźnić się z ludźmi, którzy lubiliby wszystko to samo co ja, zgadzali się z każdą moją opinią. Świat byłby nudny, gdybyśmy wszyscy byli tacy sami. Nie wstydźmy się być sobą. Nie przepraszajmy, za to, kim jesteśmy. I nie oceniajmy innych przez to, co im się podoba. Pozwólmy sobie nawzajem czerpać garściami z tego, co daje nam ten świat. Bez granic. Bez osądzania.